Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 maja 2016

Mój wielki, paranormalny... wieczór kawalerski?

Witam wszystkich ewentualnych czytelników! Przedstawiam wam w końcu opowiadanie, które napisałam sama, choć Rachel musiała mi wcześniej zniszczyć psychikę, bym odpowiednio oddała klimat sytuacji. Na wejściu informuję, że poniższy tekst nie miał zamiaru zryć wam mózgów - czytacie na własną odpowiedzialność. 
Zapraszam do czytania i komentowania. 
Luna

Mój wielki, paranormalny... wieczór kawalerski?

Kacper czuł, że coś wbija mu się w bok. Wbijało mu się okropnie, powodując w ten sposób bardzo nieprzyjemny dyskomfort, który uniemożliwiał chłopakowi spanie. Próbując zidentyfikować co to jest, otworzył powoli oczy.
Ale zaraz je zamknął, bo jak tylko światło dotarło do jego źrenic, one zareagowały bólem, strzeliły focha i odmówiły współpracy.  Spróbował jeszcze raz i tym razem udało mu się je przekonać by wykonały swoje zadanie.
A znajdował się on w środku żyrandola. I to nie był żart. Naprawdę leżał w pozycji embrionalnej w wielkiej misie żyrandola, a tym co uwierało go w żebro były dudy. Zdziwiony tak wyglądającą sytuacją, przekręcił się na drugi bok i spojrzał w dół.
–  Na zęby Draculi – mruknął pod nosem, kiedy zobaczył jak wygląda teren wokół.
Znajdował się w jakimś hotelowym pokoju. Pod nim, na czarnej kanapie, leżał Denis, ubrany w grecką togę i przez sen mruczał coś po rosyjsku. Obok niego, rozwalony w wiklinowym fotelu, siedział sobie jakiś starszy, mocno owłosiony mężczyzna w szkockim kilcie. Pełnię obrazu dopełniał Krakers, który chyba lunatykował, bo krążył pod sufitem z zamkniętymi oczami, a krople ektoplazmy spływały mu z ust na podłogę. 
– Denis! – krzyknął łowca, zrzucając na głowę śpiącego przyjaciela znalezione dudy.
– Co…?! – Denis poderwał się gwałtownie i rozejrzał wokół. – Kacper?! Co ty robisz na żyrandolu?!– zapytał przestraszony.
– Tak sobie siedzę, dla czystej przyjemności! – odburknął Kacper. – Pomożesz mi, czy mam już zapuszczać tutaj korzenie?!
Denis ocenił sytuację, podrapał się po łepetynie, po czym wybiegł z pokoju, by za chwilę wrócić do niego z  nie wiadomo gdzie znalezioną drabiną. Podstawił ja pod lampę i czekał aż drugi łowca zejdzie na podłogę. Było to dość trudne, bo drabina chwiała się niemiłosiernie i Kacper przynajmniej dwa razy był bliski zaliczenia mało przyjemnego spotkania z podłogą. W końcu jednak udało mu się wylądować tam gdzie celował.
– Wiesz może co tu się stało? – otrzepał swoją koszulkę z kurzu.
– Nie mam pojęcia – Denis wzruszył ramionami. – Nie za bardzo cokolwiek pamiętam – westchnął. – Skąd masz te dudy? – zapytał.
– Znalazłem. Pewnie należą do niego – odpowiedział Kacper, wskazując na Szkota, którego czerwony noc mógłby spokojnie konkurować z nosem renifera Rudolfa.
– On the bonnie, bonnie banks of Loch Lomooooooond – zanucił przez pijacki sen mężczyzna.
Denis pokręcił głową, zastanawiając się jak mógł znaleźć się w towarzystwie kogoś takiego, po czym zerknął na zegarek.
I prawie zszedł na zawał.
– Cholera – przeklął głośno. – Kacper, czy ty zdajesz sobie sprawę, który dzisiaj mamy?
– E…. siedemnastego marca? Świętego Patryka? Drugiego lutego? Dzień Świstaka?
– Dwudziestego kwietnia, głupku! Za dwadzieścia godzin mam wziąć ślub!
– O kurczę. To mamy przerąbane.
– Laura mnie zabije, posieka na kawałki, przerobi na mielonkę, a potem zrobi z niej karmę dla rybek.
– Spokojnie, zaraz coś wymyślimy – próbował uspokoić przyjaciela Kacper. Przeczesał ręką swoją czuprynę i niepewnie rozglądnął się po pokoju, próbując znaleźć rozwiązanie problemu.
– Krakers! – krzyknął w końcu, budząc w ten sposób ducha
– Tak, szefie? – Krakers nie wglądał na jakoś bardzo zadowolonego z tego, że ktoś wybudził go z drzemki.
– Sprawdź, gdzie jesteśmy!
Duch zasalutował i wyleciał przez okno. Wrócił po paru minutach, uradowany niesamowicie, szczerząc się jakby właśnie ogłosili, że wygrał w loterii roczny zapas krakersów.
– Jesteśmy w Las Vegas, szefie! – powiedział wesoło.  – Ameryka Północna, Stany Zjednoczone Ameryki, stan Nevada, miasto kasyn, stolica hazardu i wiecznej zabawy.
Słysząc taką odpowiedź, Denis wydał z siebie jęk, przypominający odgłosy wydawane przez zarzynanego wieloryba, po czym opadł na jeden z foteli.
– Jesteśmy tysiące kilometrów od Warszawy – wychrypiał. – Nigdy nie zdążymy.
– Nigdy nie mów nigdy – mruknął pod nosem Kacper. – Krakers, czy ty nie masz przypadkiem rodzinki w Ameryce? – zapytał już głośniej.
– Ano mam – odpowiedziała zjawa. – W Nowym Orleanie mieszka mój wujaszek z rodzinką, straszą na jednym z cmentarzy z czasów wojny secesyjnej. Wujaszek był konfederatem, mam nawet mundur po nim. Teraz trochę straszy i prowadzi luksusowe biuro podróży dla duchów i innych. Mają nawet własny odrzutowiec!
– Widzisz Denis – chłopak uśmiechnął się szeroko. – I już mamy wyjście z sytuacji. Jedziemy sobie do Nowego Orleanu, pożyczamy od wujka Krakersa odrzutowiec i na spokojnie lecimy do Warszawy.
– No nie wiem…
– Daj spokój – machnął  ręką Kacper. – Zresztą i tak nie mam innego wyjścia, bo z  tego co widzę – wyjął z kieszeni portfel i zajrzał do niego. – I tak nie mamy kasy na bilety lotnicze. – Przeliczył pieniądze. – Nie wiem, czy nawet na autobus nam starczy.
– Niech ci będzie – Denis się poddał. – Powiedz mi tylko, co robimy z nim  – wskazał na Szkota. – Chyba go tu nie zostawimy? Zresztą, kim on w ogóle jest?
– Nie mam pojęcia, ale chyba musimy go wziąć ze sobą.
– But me and my true love will never meeeeet again. On the bonnie, bonnie banks of Loch Lomooooond.
***
– Że niby gdzie jesteś?!
– No w Las Vegas. Ale spokojnie kochanie, obiecuję, że dotrę na czas.
– No mam taką nadzieję. Inaczej masz przerąbane.
– Spokojnie, wszystko będzie dobrze.
– Ty lepiej nic już nie mów – skończyła rozmowę Laura, rozłączając się.
Siedzące przed nią jej najlepsze przyjaciółki jednocześnie przerwał piłowanie paznokci i spojrzały na nią z wielkimi pytajnikami w oczach.
– Co się stało? – zapytała Ziuta, poprawiając wałki na swoich rudych włosach.
– Wyobrażacie sobie, że ten idiota razem ze swoim kolegom wylądował po wieczorze kawalerskim na drugim końcu świata?! – Laura chodziła w kółko po niedużym salonie, przeklinając swojego narzeczonego. – Palant, głupek, idiota, pajac, imbecyl!
– Ale twój – stwierdziła siostra bliźniaczka Ziuty, Zyta.
– Ale mój – westchnęła młoda chemiczka, opadając na kanapę. – No i co ja mam teraz zrobić?
– Nic – Ziuta bliżej przyjrzała się swoim długim, krwistoczerwonym paznokciom. – Po prostu czekaj.
***
Shinigami tak naprawę to nie wiedział dlaczego przyjął to zaproszenie. Po prostu po wielu, wielu dniach ganiania za różnymi umarlakami, chyba potrzebował się wyluzować, a taka impreza nadawała się do tego idealnie. Co z tego, że nikt normalny nie zaprasza na swój ślub boga śmierci?! Mamy do czynienia z Łowcami, oni nie są normalni.
Tak więc skończyło się na tym, że, w ten piękny kwietniowy dzień, jechał sobie autobusem przez Warszawę, z kosą w ręce i w czarnej pelerynie. I nie mógł zrozumieć ,dlaczego ludzie tak dziwnie na niego patrzą.
W tym momencie do pojazdu wszedł kontroler. Shinigami wyjął z kieszeni przepisowo skasowany bilet i pokazał go mężczyźnie.
– Tu nie wolno wnosić kos – powiedział, nawet nie zerkając na bilet.
– Dlaczego? Przecież to tylko kosa śmierci.
– Takie są zasady. Będę musiał panią wyprosić i skonfiskować przedmiot.
– Po pierwsze to nie jestem panią, a pod drugie to nie oddam swojej ukochanej kosy!
– Po pierwsze to się człowieku ubieraj tak by nie wprowadzać ludzi w błąd, a po drugie… oddaj tę cholerną kosę, człowieku!
– Technicznie rzecz biorąc, to do człowieka mi daleko. O, właśnie! Mój przystanek – bóg śmierci uśmiechnął się szeroko, po czym zgrabnie ominął zdezorientowanego kontrolera, o dziwo nie ucinając mu głowy, i jak gdyby nigdy nic opuścił autobus.
***
– To teraz spróbujmy sobie przypomnieć, jakim cudem trafiliśmy właśnie tutaj?
Denis, Kaper, Krakers i nadal niedobudzony Szkot jechali sobie rozklekotanym autobusem pomalowany w pstrokate kwiatki po amerykańskiej autostradzie. W środku śmierdziało serem i starymi skarpetami, a ich współpasażerami była grupa farmerów, którzy zapomnieli chyba o takim wynalazku jak prysznic.
Udało im się zdobyć bilety tylko na ten środek transportu, bo tylko w tej firmie kierowca zgodził się przewozić nietrzeźwego, śpiącego Szkota, młodego mężczyznę w todze i ducha. Oczywiście pod warunkiem, że dla tego ostatniego zostanie zakupiony bilet.
– Niech no pomyślę – Kacper przyjął pozę greckiego filozofa. Zacisnął zęby, zmarszczył brwi i Denis mógłby nawet pomyśleć, że myśli nad czymś intensywnie gdyby nie jeden fakt – Kacprowi rzadko zdarzało się w ogóle myśleć. – Eureka, pamiętam!
***
Dwadzieścia godzin wcześniej
Denis tak naprawdę wcale nie chciał tego wieczoru. Ale Kacper się uparł i łowca nawet nie mógł protestować.
Zaczęło się od klubu.
– Zamierzasz mnie upić? – zapytał, kiedy stanęli przed lokalem z neonowym, bijącym po oczach napisem nad drzwiami. Idący razem z nimi Krakers na widok miejsca, do którego przyszli, zawył radośnie i wykonał kilka fikołków w powietrzu.
– Nie, no coś ty – prychnął Kacper. – Po prostu zamierzam trochę rozluźnić twoje przesiąknięte poprawnością komórki mózgowe.
Weszli do środka i od razu do ich uszu dotarła głośna, dudniąca muzyka. Denis zmrużył oczy, próbując przyzwyczaić je do klubowych świateł po czym niechętnie poszedł za swoim przyjacielem do baru. Tam otrzymał jakiegoś kolorowego drinka, którego nazwy nawet nie potrafił wymówić.
–  I co my tu mamy robić?! – zapytał, próbując przekrzyczeć muzykę.
– Bawić się, drogi przyjacielu, bawić się! – Kacper podniósł swoją szklankę. – Za ostatnie godziny twojego wspaniałego kawalerskiego stanu!
– Coś mi nie pasuje w tym miejscu – stwierdził po kilku minutach Denis.
– Bo to nie jest zwyczajny klub – odpowiedział jego przyjaciel i uśmiechnął się szeroko. – To klub między wymiarowy, dla wszystkich i to dosłownie. Widzisz tę dziewczynę pod tamtą ścianą? To gorgona, dlatego nie zdejmuje czapki, raczej nie chciałaby być odpowiedzialna za zamienienie w kamień wszystkich tu obecnych. A didżej? To przecież mumia! Jeszcze się nie zorientowałeś?!
– Jak widać jestem ślepy – westchnął Denis po czym na jednym wdechu wypił całą zawartość szklanki i odstawił ją na blat. – Idę do toalety – zakomunikował, chcąc jak najszybciej odseparować swoje uszy od tego ryku.
Nie odszedł daleko, bo zaledwie zrobił parę kroków wpadł na jakiegoś bardzo dużego i masywnego osobnika. Podniósł głowę, by przeprosić  za swoją nieuwagę i wtedy jego oczy spotkały oczy… minotaura.
-–Jakiś problem? – warknął potwór, a obok niego pojawiło się dwóch jego kolegów o równie mało przyjemnych twarzyczkach. 
– Nie… przepraszam, zagapiłem się -  łowca uśmiechnął się przepraszająco.
Takie wytłumaczenie chyba nie bardzo spodobało się minotaurowi, bo zrobił krok w przód i teraz jego nos znajdował się tylko kilka centymetrów przed twarzą Denisa.
I w tym momencie musiał wtrącić się Krakers.
– Czego chcesz, koleś? – zapytał duch, wlatując między chłopaka i stwora.
– Kim ty jesteś, że śmiesz tak do mnie mówić? – prychnął napastnik.
– Nazywam się Krakers Apoloniusz Pierwszy i jestem prywatnym ochroniarzem tego  oto chłopak. – Krakers dumnie wypiął pierś do przodu.
Minotaury przez chwilę patrzył na niego zdekoncentrowane po czym… wybuchnęły głośnym śmiechem.
– Prywatny… ochroniarz… dobry kawał… takie chuchro miałoby kogokolwiek ochraniać…
Takie epitety pojawiające się w kontekście jego osoby widocznie nie przypadły do gustu Krakersowi, bo zamachnął się mocno prawą ręką i… przywalił potworowi.
Ektoplazma zaczęła ściekać z pyska minotaura, a z jego nozdrzy buchnęła para.
– Chłopaki – Machnął na swoich koleżków. – Pokażmy temu duchowi i jego kumplom kto rządzi w tym klubie – uśmiechnął się chytrze.
Denis przełknął głośno ślinę, widząc zbliżające w jego kierunku pięści dwóch potworów i kątem oka dostrzegając jak trzeci znajduje się co raz bliżej Kacpra.
- Wiejemy! – krzyknął głośno po czym odwrócił się na pięcie i najszybciej jak umiał wybiegł z klubu.
Całą trójką wybiegli na ulice Warszawy.  Jakimś cudem udało im się utrzymywać pewną odległość od napastników. Niestety sytuacji nie poprawiał Krakers, który za punkt honoru postawił sobie obrażenie potworów na wszelkie możliwe sposoby.
– Tłuste świnie! Orangutany! Bezmózgie protisty! – wykrzykiwał, lecąc tyłem za łowcami.
– Tutaj – wysapał Denis, w momencie, w którym mijała ich powoli ciężarówka z otwartym tyłem, wioząca jakieś pudła
Wskoczyli do środka i korzystając z okazji, że minotaury ich nie widzą, schowali się w jednym z drewnianych pudeł.
– Ej, chłopaki – szepnął Kacper, kiedy wokół nich zapadła ciemność. – Chyba im uciekliśmy.
– No mam taką nadzieję – warknął Denis.
Jego przyjaciel, chcąc sprawdzić jak wygląda sytuacja, spróbował trochę uchylić wieko skrzyni. Niestety odmówiło ono posłuszeństwa i nie zamierzało się podnieść nawet o centymetr.
– Chyba się zacięło – ocenił łowca.
– No super.

niedziela, 31 stycznia 2016

Zasada numer jeden: Ubierz kask!

Zacznijmy od tego, że nie było mnie tu przeraźliwie długo. Wręcz strasznie długo. Mam nadzieje, że mi to wybaczycie. Niestety wszelka wena postanowiła mnie opuścić i nawet teraz wracam do was z utworem, który trudno nazwać opowiadaniem. Przepraszam was i obiecuje poprawę. Może nie natychmiastową, ale jednak. 
Po drugie chciałabym oficjalnie i mocno spóźniono powitać na blogu Rachel. Mam nadzieje, że jej psujące psychikę utwory przypadną wam do gustu tak samo bardzo jak przypadł pierwszy. 
Żeby nie było - za psychologa płacić nie będę. 
Wracając do opowiadania. Jet to kolejny tekst na Kreatywne Spojrzenie. Hasła na ten miesiąc to: lód, śnieg, zjawisko paranormalne. 

Zapraszam do czytania!





Zasada numer jeden: Ubierz kask!


W tym roku pogoda postanowiła się na mnie obrazić. Owszem było zimno. Owszem były chmury. Ale śnieg odmówił posłuszeństwa i nie spadł. Dlatego też przez cały tydzień spędzony na alpejskich stokach, musiałem się użerać z lodem i sztucznym puchem, produkowanym przez armatki śnieżne. Zapamiętajcie drogie dzieci: sztuczny śnieg dodać tłumy na stokach dają w ostateczności muldy. A muldy i lód to koszmar każdego narciarza.
I snowboardzisty zresztą też.
Jadąc z dość szybką prędkością po właśnie takim zlodowaciało-wymuldowanym stoku, przeklinałem w myślach wszystkie szkółki narciarskie, matki z dziećmi jadące w poprzek trasy i…
I tego chłopca w kanarkowym kombinezonie, który postanowił na mnie wpaść. Jechał zupełnie nie kontrolując nart i krzycząc przeraźliwie w jakimś nie znanym mi języku. Starałem usunąć mu się z drogi, wykorzystując cały potencjał moich trzydziestoletnich mięśni, ale mały narciarski terrorysta i tak musiał we mnie wpaść.
Pierwszego szoku doznałem, uderzając okrytą jedynie czapką głową w lód. A mama powtarzała „ ubieraj kask, to może ci kiedyś ocalić życie”, to nie – ty będziesz Chuckiem Norrisem i będziesz jeździć w zielonej czapce z różowym pomponem, żeby cię było widać.
Przed oczami przeleciały mi wszystkie te razy kiedy miałem okazje oglądać stok z poziomu nart. Czułem się w tamtym momencie jakby ktoś wsadził mnie do olbrzymiej zepsutej pralki. Wrażenie to potęgowały wrzaski chłopca, który staczał się razem ze mną, uczepiony mojej kurtki. Gdzieś po drodze obydwoje zgubiliśmy narty, kijki, a dzieciak nie miał jednego buta. Próbowałem powiedzieć mu by mnie łaskawie puścił, ale przewalając się wokół nas śnieg skutecznie mi to uniemożliwiał.
 – Puść mnie – udało mi się w końcu wycharczeć, jednocześnie opluwając chłopca śniegiem. Ten albo mnie zrozumiał albo się przestraszył, bo posłusznie zostawił mnie w spokoju.
Teraz staczałem się po stoku sam. Zupełnie sam. Jak palec. I nikt nie raczył mi pomóc. Nawet wtedy kiedy wypadłem z strasy i zacząłem obijać się różnorakie skałki i inne rzeczy, które miały pecha i  znalazły się na mojej drodze. Próbowałem się zatrzymać, ale nie byłem wstanie wyhamować. Najadłem się śniegu, najprawdopodobniej odmroziłem sobie jakąś część ciała i złamałem kość ogonową. Już chyba nie mogło być gorzej.
Fatum jakby czytało mi w myślach i stwierdziło, że całą powierzchnie,  po której spadałem pokryje lodem. Lodem w najczystszej postaci. Bez śniegu, który mógłby zadziałać jako substancja hamująca. Po prostu lodem.
Teraz oficjalnie poddałem się wszystkiemu wokół. Przestałem walczyć z prawami fizyki i nie-fizyki. Staczając się w dół, zauważyłem jak wbrew pozorom ładnie wyglądają szczyty gór oświetlane pojedynczymi promieniami słońca, jak pewnie świergota sobie jakiś ptaszek, jak uroczo wygląda, siedząca na kamieniu i przyglądająca ci się z dezaprobatą, wiewiórka. Takie drobne szczególiki, na które uwagę zwraca człowiek sądzący, że już nie może być gorzej.
I wtedy zobaczyłem drzewo.
Trzeba było posłuchać mamy i ubrać kask.




czwartek, 31 grudnia 2015

Nowy Rok i wiewiórka złodziejka

Wiewiórka św. Piotra

Na dwa dni przed świętami śnieg w końcu zlitował się nad ludźmi i łaskawie spadł. Dzieci w różnym wieku i z różnym wyposażeniem, wyległy na świeże powietrze by cieszyć się białym puchem. Sanki tego dnia zostały wygrzebane z dna szaf, a liczba zaszywanych warg i złamanych nosów szybko przekroczyła dopuszczalną dzienną normę.
Hania stała obok budki z kebabem i z obrzydzeniem wpatrywała się w Gabrysia, pożerającego ogromną bułkę. Nienawidziła kiedy szef przydzielał jej jakiegoś pomocnika, szczególnie jeśli trafił  się jakiś małolat zaraz po szkoleniu, który nie potrafił nawet porządnie chować skrzydeł. Prychnęła potępieńczo kiedy młody anioł wpakował sobie do otworu gębowego ostatni kawałek buły, po czym jak gdyby nigdy nic wytarł usta przydługim rękawem białej bluzy.  
– To co teraz robimy? – zapytał wesoło, przeczesując ręką kręcone blond włosy.
– Musimy znaleźć te cholerne klucze, które zgubił św. Piotr – westchnęła. – Dwa tysiące lat, a on nadal nie kupił sobie porządnej smyczy na nie – powiedziała po czym przygładziła białą sukienkę (jako anioł nie czuła zimna) i spokojnym krokiem skierowała się w stronę niedużej grupy dzieci, rzucających w siebie śnieżkami.  Miała nadzieję, że jej wspólnik przez przypadek oberwie taką lodową kulą i trochę zmądrzeje.
I w tym momencie zauważyła wiewiórkę. Mała szara kulka przemykała między drzewami, w pyszczku trzymając metalową obręcz, na której wisiał pęk kluczy. Które jakoś niepokojąco przypominały te         św. Piotra. Mały wykrywacz, który w postaci zegarka nosiła na swojej ręce, zaczął wydawać z siebie krótkie przeraźliwie piskliwe dźwięki, domagając się podjęcia jakiś działań. I to natychmiast. Nie zważając nawet na fakt, że wszystko wokół pokryte jest śniegiem albo lodem i zbytni pośpiech może doprowadzić do bardzo nieprzyjemnego upadku.
Dziewczyna pognała za zwierzęciem z prędkością co najmniej dźwięku. Dziękowała sobie samej w myślach za to, że wcześniej związał swoje długie blond włosy w kucyk, dzięki czemu teraz nic nie wpadało jej do oczu. Przemykając między zdziwionymi spacerowiczami, nie słyszała krzyków Gabrysia, które skutecznie były tłumione przez pęd powietrza. Nie zauważyła też, że irytujące pikanie urządzenia na jej nadgarstku, ustało. W tym momencie liczyła się tylko ta podstępna szarawa kulka, uciekająca z własnością pewnego bardzo ważnego świętego.
Wiewiórka była wyjątkowo przebiegł i sprytnie uciekła do niedużego lasku na skraju parku. Tam wspięła się na jedno z drzew i dalej zwiewała,  przeskakując z gałęzi na gałąź, specjalnie wybierające te najwyżej. Hania jeszcze za nim wbiegła do lasu przeanalizowała sytuacje i wpadła na pewien pomysł. W biegu zsunęła z ramion kremowy sweter, który automatycznie zniknął, rozłożyła białe skrzydła i wzniosła się w powietrze. Stała się też niewidzialna dla zwykłych śmiertelników, co dawało jej swobodę działania.
Szybowała nad koronami drzew wypatrując ruchu między liśćmi. Dzięki temu, że jeszcze za życia posiadała sokoli wzrok po pewnym czasie zauważyła jak małe puchate stworzenie wychyla się niepewnie spod śniegu, pokrywającego korony drzew.  Zanurkowała gwałtownie i prawie na ślepo chwyciła wyjątkowo dużą wiewiórkę. Wyrwała jej z pyska klucze, po czym powoli zaczęła zniżać lot. Zwierzę próbowało się wyrwać i odzyskać swoją zdobycz, ale Hania skutecznie jej to uniemożliwiała. Nie miała ochoty być odpowiedzialna za histerie jakiegoś dzieciaka, w którą na pewno by taki osobnik wpadł, widząc rozpłaszczoną wiewiórkę.
Kiedy opadła na jedną z oblodzonych ścieżek, wypuściła wkurzająca kulkę i dokładnie przyjrzała się swojemu znalezisku.
I w tym momencie sama prawie wpadła w histerię.
Do kluczy przyczepiona  była mała karteczka, jakimś cudem nie zjedzona przez gryzonia. Na kawałku papieru ktoś napisał markerem Własność Hipolity Brzęczyszczykiewicz. Dopiero w tym momencie zaczęła się zastanawiać nad tym, jak bardzo musiała być głucha by nie zauważyć, że wykrywacz przestał wydawać z siebie jakiekolwiek dźwięki.
A to oznaczało tyko jedno:
Ścigała tę cholerną wiewiórkę na marne!
Nagle  wpadł na nią zdyszany Gabryś, który jak widać biegł za nią przez cały. Jej wykrywacz znów zaczął wariować i wydawać z siebie przeraźliwe dźwięki.
– Chyba znalazłem to czego szukaliśmy – wydyszał, wciskając jej do ręki stare klucze. Spojrzała na prawie identyczną białą karteczkę.
Własność św. Piotra. W przypadku znalezienia uprzejmie uprasza się o zwrócenie św. Antoniemu.



Witajcie, cześć i czołem. Powyższe opowiadanie powinno pojawić się na święta, ale nie wyszło, więc pojawia się teraz. Wiem, że jest średnio dopracowane i najprawdopodobniej złamało jakieś prawa fizyki, ale po prostu nie byłam wstanie napisać czegoś logicznego. Wybaczycie mi? Dzisiaj notka od autora pojawia się pod opowiadaniem z jednego, ale bardzo ważnego powodu.
Mamy ostatnie godziny 2015  roku!
Nigdy nie przypuszczałabym, że ten rok tak szybko minie. Mogę bez bicia przyznać, że był on ( przynajmniej dla mnie) wypełniony totalną radochą, sukcesami i innymi pozytywnymi rzeczami. A przynajmniej tylko ten chcę pamiętać.

  • Zaczęłam w miarę regularnie pisać! Obiecałam sobie, że ten blog, a także drugie opowiadanie wytrzymają trochę dłużej niż miesiąc i nie zniechęcę się do nich. Udało się!
  • Odkryłam, że na świecie żyją ludzie równie pokręceni jak ja. Mowa tu oczywiście o dziewczynach z obozu literackiego, dzięki którym spędziłam dwa wspaniałe tygodnie wypełnione owcami, czekoladą i wchodzeniem na stół.
  • Udało mi się namówić rodziców na PotterCon i dzięki temu miałam bezkarnie paradować po Bydgoszczy w szacie Ravenclawu. 
  • Lindsey Stirling, Studio Accantus i Owl City to moje trzy odkrycia muzyczne tego roku. Sami zobaczcie dlaczego: 






  • Przyjaciele. To jedno słowo wszystko wyjaśnia. 
Jest oczywiście tego więcej, więc wymieniłam tylko te najważniejsze.

Zapewne już zauważyliście, że jestem beznadziejna w pisaniu takich notek.

Wzorem innych ludzi wypiszę tu trzy swoje noworoczne postanowienia, a za rok zobaczymy co udało mi się osiągnąć.





  1.  Postaram się by moje blogi wytrzymały ponad rok, żebym mogła napisać tę pierwszą prawdziwie urodzinową notkę.
  2. Nauczę się grać na skrzypcach Lot Trzmiela i Roundtable Rival - od czegoś w końcu mam ten instrument.
  3. Będę bardziej śmiała! i tyle w tym temacie.


  4. Na końcu tej notki chcę wam wszystkich życzyć szczęśliwego Nowego Roku! Niech przez najbliższe dwanaście miesięcy ( potem będziemy znów składać życzenia) towarzyszy wam optymizm i wiara, że wszystko dobrze się skończy. Bo przecież kiedy jest się na samym dnie, to teraz można już tylko iść do góry.


    czwartek, 24 grudnia 2015

    Feliz Navidad! Merry Christmas! Wesołych Świąt!

    Obiecałam opowiadanie? Będzie opowiadanie, ale dopiero jutro jak już ogarnę wszystkie ciasta i inne wyjątkowo pyszne produkty. Na razie wpadam tu tylko na chwilę by złożyć wam wszystkim najserdeczniejsze życzenia. Niech nadchodzący rok obędzie się bez ataków kosmitów, nagłego deficytu nutteli i epidemii ogólnego pesymizmu. Uśmiechajcie się jak najczęściej i dzisiaj i przez następne 365 dni. A żeby było wesoło, to przedstawiam wam Święta w wykonaniu Studia Accantus ( niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego ja ich odkryłam dopiero miesiąc temu?!) 


    sobota, 12 grudnia 2015

    Mój sąsiad utopiec

    Witam, cześć i czołem!

    Na wejściu zaznaczam, że nie mam dla was niczego natchnionego. Cała moja wena ulotniła się razem z konkursem na WB i najprawdopodobniej wróci dopiero na święta. Na razie przedstawiam wam kolejne opowiadanie na Kreatywne Spojrzenie i jednocześnie kolejne opowiadanie o Łowcach Duchów. Akcja dzieje się przed „Duchem w szklance mleka”, a hasła na ten miesiąc to woda z sokiem, coś niebieskiego i słowa „Plotka rozrasta się po drodze”.
    To była pierwsza sprawa. Teraz czas na drugą. Wiem, że reklamowanie jest złe i niedobre, ale na pewno większość osób wie jak trudne są początki blogowania. Moja koleżanka nie dawno założyła bloga z opowiadaniami i chcę jej pomóc wdrożyć się w świat blogów. Dlatego też, jeśli macie sekundę, zajrzyjcie na Senne Horrory, a mogę szczerze was zapewnić, że się nie zawiedziecie.
    To tyle – zapraszam do czytania.


    Mój sąsiad utopiec

    Należąca do Denisa piwnica, pełniła rolę magazynu na wszystkie urządzenia do łapania bytów nadprzyrodzonych. Specjalnie przerobione odkurzacze stały na metalowych półkach, mocne druciane siatki wisiały na hakach, a inne bliżej nieokreślone przedmioty walały się po podłodze. Na samym środku ktoś postawił ogromne akwarium z antywłamaniową pokrywką.
    – I twierdzisz, że to może pomóc nam złapać to straszydło łażące po osiedlu? – Denis już dawno przestał interesować co jego przyjaciel składa w piwnicy. Dopóki nie wysadzi całego osiedla w powietrze, było dobrze.
    – To coś to utopiec, taki wodny zombie. Lubi muł, glony i truchła ryb. Wrzucimy to wszystko do tego czegoś, a martwiak zwabiony zapachem, sam do nas przyjdzie.
    Denis wzniósł oczy ku sufitowi i poprosił wszystkich świętych o anielską cierpliwość. Naiwność i nieokrzesany optymizm Kacpra, czasami doprowadzał go do białej gorączki, ale sam przed sobą musiał przyznać, że tym razem chłopak wiedział na temat potwora, więcej niż on. A podstawą wygranej wojny jest poznanie wroga.
    – I myślisz, że zadziała? – zapytał, delikatnie dotykając akwarium.
    – Ta…  – Kacper uśmiechnął się, przepraszająco. – Jest jedna rzecz, której potrzebujemy i miałem nadzieje, że ją załatwisz.
    – Co to takiego? – westchnął Denis.
    – Kwas siarkowodorowy.
    – H2S?
    – Tak, H2S.
    – Niby skąd ja mam ci wziąć kwas siarkowodorowy?
    – Twoja dziewczyna mogłaby nam trochę pożyczyć.
    Łowca po raz setny zastanowił się, dlaczego jako dzieciak lubował się w książkach o duchach, a nie na przykład o rycerzach. Zdecydowanie inscenizacje bitew były o niebo mniej denerwujące niż obcowanie z takim pokręconym osobnikiem jakim był Kacper.
    – Po pierwsze: po co nam siarkowodór?
    – Może dla nas to trucizna, ale na utopców działa jak środek nasenny. Będziemy mogli go spokojnie przetransportować do jakiejś ustronnej rzeczki.
    Denis odetchnął głęboko. To był dopiero początek.
    – Po drugie:  Pomijając to, że najprawdopodobniej tego kwasu nie dostaniemy, to jak masz zamiar go przewieść komunikacją miejską.
    – Za bardzo się czepiasz. Owiniemy słój w gazetę i wszyscy będą myśleć, że wieziemy śledzie.
    Robiło się coraz gorzej.
    – Po trzecie: powtarzałem ci to setki razy – Laura nie jest moją dziewczyną.
    – Plotka rozrasta się po drodze… – zaczął Kacper, ale Denis ruchem ręki nakazał mu żeby zamilkł. Nie miał najmniejszej ochoty słuchać teraz głosu swojego przyjaciela. Burknął pod nosem, że zgadza się na plan łowcy po czym opuścił pomieszczenie z rękami w kieszeni i spuszczoną głową.

    ***

    Studenckie laboratorium chemiczne odznaczało się wyjątkowym stężeniem wszelakich substancji trujących i łatwopalnych. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu wychowankowie miejscowej uczelni lubowali się we wszelkich doświadczeniach, do których należało wykorzystać amoniak, rycynę lub inny środek zagrażający życiu i zdrowiu przeciętnego obywatela.
    Laura właśnie dokładnie kropelka po kropelce, odmierzała potrzebną do eksperymentu ilość arszeniku, kiedy jak dwa orangutany, do środka wpadli Łowcy. Malowniczo przewalili się między granitowymi blatami by w końcu stanąć na baczność przed dziewczyną.
    – Czego chcecie? – zapytała, nie odwracając wzroku od probówki. Dobrze wiedziała, że chłopcy odwiedzają ją tylko wtedy, kiedy potrzebują jakiejś trudno dostępnej substancji.
    Łowcy zrobili zakłopotane miny, nie do końca wiedząc co powiedzieć. Laura westchnęła głęboko po czym odłożyła na bok narzędzia, założyła za ucho kosmyk brązowych włosów, który wcześniej wyślizgnął się z wysokiego kucyka i podeszła do ogromnej, szklanej szafy wypełnionej odczynnikami.
    – Na co tym razem polujecie i czego potrzebujecie? – zapytała, wyjmując z kieszeni fartucha odpowiedni klucz.
    – Utopiec nam się napatoczył. Przydałby się siarkowodór – wyjaśnił Kacper, bliżej podchodząc od stojących na stole probówek.
    Laura zmarszczyła czoło, zastanawiając się nad słowami chłopaka. Cały czas stała do nich tyłem, nie widząc jak jeden z łowców objawia coraz większe zainteresowanie czymś co wyglądało jak woda z sokiem.
    – A na co potrzebny jest wam ten… – Nie zdążyła dokończyć pytania. Kacper przewrócił któreś z urządzeń, mieszając w ten sposób dwa odczynniki, tworzą mieszankę wybuchową, która zgodnie ze swą nazwą… wybuchła. Całe pomieszczenie zasnuł szary, drażniący dym, który jednak bardzo szybko opadł, odsłaniając dość wstrząsający widok. Całe doświadczenie Laury trafił szlag. Probówki leżały na podłodze rozbite na drobny mak, a przeróżne substancje ściekały powoli ze stołu.
    W oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Szybko wyjęła z szafki pudełko z siarkowodorem, wcisnęła je Denisowi, mrucząc pod nosem by oddali jej to co zostanie, po czym rzuciła się ratować to co ocalało z eksperymentu.  Denis chciał jej pomóc, ale Kacper pociągnął go za ramię i szybko dziękując dziewczynie, wyprowadził z pomieszczenia.
    Lepiej unikać sytuacji destrukcyjnych.

    ***
    – Postawimy akwarium między tamtymi blokami.  Poczekamy do nocy i chowając się za garażem, będziemy śledzić ruchy utopca. Potem… Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Kacper spojrzał z oburzeniem na swojego przyjaciela. Ten stał oparty o jedną ze ścian z boku i nieprzytomnym wzrokiem wpatrywał się w jakiś punkt w przestrzeni.
    – Niebieskie – powiedział Denis, zupełnie nie zwracając uwagi na to co przed sekundą mówił Kacper.
    – Że co?!
    – Kupię niebieskie kwiaty – wyjaśnił zirytowany. – Muszę w końcu przeprosić Laurę za to co odstawiliśmy.
    Kacper zmarszczył czoło, zastanawiając się co odpowiedzieć, ale nie mógł wpaść na nic inteligentnego. Wzruszył więc tylko ramionami, wdzięczny Denisowi, że nie musi się martwić przeprosinami. Nigdy nie był w tym dobry.
    Wyjaśnił przyjacielowi wszystko jeszcze raz. W tym czasie słońce już prawie całkowicie zaszło, a ludzie zaczęli zapalać światła w mieszkaniach. Ulice pustoszały, zostawiając im czysty teren do działania. Postawili akwarium wypełnione różnymi dziwnymi rzeczami, w odpowiednim miejscu po czym schowali się za garażem, mieli stamtąd idealny widok na przejście miedzy blokami. Czekali, czekali i czekali, ale przez prawie dwie godziny zupełnie nic się nie wydarzyło, chyba, że za ważne wydarzenie można uznać wyjście ich sąsiadki z wyjątkowo wkurzającym kundelkiem, który prawie wpadł na trop pułapki.
    W pewnym momencie coś zaczęło poruszać się na tle kiepskiego graffiti. Chwile później z cienia wyłoniła się lekko bezkształtna, zgarbiona postać, powoli podążająca w stronę akwarium. Łowcy momentalnie się ożywili, dokładnie śledząc ruchy potwora. Mieli zamiar wepchnąć go do naczynia w momencie gdy ten pochyli się nad „smakowitą” mieszanką. Jednak stwór skutecznie ich wyręczył. Albo był wyjątkowo głupi albo ślepy, bo zupełnie nie zauważył wysokiej krawędzi. Potknął się o nią i wpadł głową, a potem całą resztą ciała, do środka. Chłopcy szybko wybiegli z garażu zobaczyć swoją ofiarę.
    – Zobaczmy co to za straszydło nam się napatoczyło – powiedział Denis, zapalając latarkę.
    I w tym momencie obydwaj prawie zeszli na zawał. W akwarium, plując na boki brudną wodą, tkwił nie kto inny tylko pan Ćmiński, przemoczony do suchej nitki.
    – Czy któryś z was mógłby mi wyjaśnić co się do diabła dzieje? – wycharczał ze złością. Łowcy uśmiechnęli się przepraszająco i niezdarnie pomogli sąsiadowi wydostać się na zewnątrz. Przez cały czas musieli wysłuchiwać wielu mało przyjemnych epitetów, określających ich charakter, zachowanie i inne tym podobne rzeczy.
    – Polowaliśmy na utopca… – zaczął Kacper. – Co pewien czas pojawiał się tu w nocy na osiedlu i baliśmy się, że może w końcu zrobić coś komuś.
    – Kretyni – prychnął Ćmiński. – Tym „utopcem” najprawdopodobniej była moja żona – lunatykuje, a obok wyjścia z naszej klatki jest ta cholerna rynna od deszczówki, pod którą często przechodzi. Dlatego mogła wyglądać jak jeden z tych waszych potworów.
    Łowcy zrobili zakłopotane miny znów nie wiedząc co powiedzieć. Mężczyzna tylko pokręcił głową ze złością po czym odwrócił się na pięcie i odszedł, mrucząc pod nosem coś o straży miejskiej i chuliganach. Za nim ciekła wąska strużka brudnej wody.
    Jednak mieli za sąsiada jakiegoś utopca. 

    sobota, 21 listopada 2015

    Duch w szklance mleka

    Przed wami kolejne opowiadanie mojego autorstwa. Tym razem jest to coś lekkiego, nie zawiera żadnego morału i jest efektem zbyt długich dyskusji na temat wybuchających pudli. tekst jest powiązany z wyzwaniem Kreatywne Spojrzenie. Wyzwanie polega na napisaniu opowiadania, zawierającego trzy podane wcześniej słowa. Hasła na ten miesiąc to: duch, ściąga i mleko.
    Zapraszam do czytania.


    Duch w szklance mleka

    Nóż był srebrny z prostą drewnianą rączka. Zielona maź skapywała z tępego ostrza, kiedy Denis oglądał go z uwagą. Jego kręcone blond włosy malowniczo badały poziom kurzu na spodzie podwieszonej nad stołem półki.
    – I ten facet próbował tym zabić ducha? – prychnął Kacper, opierając się o kuchenny stół.
    – Nie każdy ma pod ręką przenośny wciągacz ektoplazmy – odpowiedział Denis, nie odwracając wzroku od narzędzia zbrodni. Jego przyjaciel uśmiechnął się pod nosem po czym wyjął z kieszeni nieduży długopis, nakierował go na nóż i wciągnął całą substancje.
    – Ja mam. – Kacper uśmiechnął się chytrze, rzucając urządzenie w kierunku kumpla. Ten sprawnie je chwycił i przyglądnął mu się z uwagą.
    – Skoro jesteś taki inteligentny, to teraz mi powiedz jak wydobędziesz ze środka mój dowód?
    Kacper uśmiechnął się przepraszająco, prawą dłonią jeszcze bardziej rozczochrując swoje ciemnobrązowe włosy. Od wysłuchiwania kazania ze strony przyjaciela, ocalił go natarczywy dzwonek do drzwi.
    – Ja otworzę – powiedział szybko, unikając potępiającego wzroku kumpla.
    W progu stał około pięćdziesięcioletni mężczyzna z mocną nadwagą. Miał czerwoną od złości twarz, małe świńskie oczka i sumiasty czarny wąs. Przepchnął się obok Kacpra i bez żadnego przywitania wszedł do kuchni.
    – Czy szanowny sąsiad może mi wyjaśnić co to jest?!– zapytał wymachując koszulką pokrytą jakąś zieloną mazią. Denis przyjrzał się dokładnie materiałowi.
    – Obstawiam, że to galaretka agrestowa. – Musnął palcem substancje i spróbował ją ostrożnie. – Nie, jest jabłkowa. Ubrudził się pan, panie Ćmiński, podczas jedzenia deseru? A może dzieciaki dwa piętra wyżej, bawiły się w rzucanie jedzeniem? Chyba nie myślał pan, że to ektoplazma.
    Pan Ćmiński wyglądał jakby zaraz miał malowniczo wybuchnąć. Wymamrotał pod nosem parę mało parlamentarnych epitetów po czym opuścił mieszkanie nie żegnając się z nikim.
    – Powiesz mi wreszcie, dlaczego ten facet się na ciebie uwziął? – zapytał Kacper, kiedy do ich uszu dotarło głośne trzaśniecie drzwiami. – Co cię odwiedzam, on zawsze czegoś chce.
    Denis westchnął głęboko po czym wyjaśnił:
    – Na spotkaniu mieszkańców u takiej jednej starszej pani, wylałem na niego herbatę, a potem zaproponowałem sernik z bitą śmietaną ukrytą w środku. Facet ma dużą nietolerancje laktozy i trochę źle zniósł ten deser. To taki typ co zawsze musi się na kogoś uwziąć. Stwierdził, że zrobiłem to specjalnie i teraz obwinia mnie o wszystko co mu się przytrafi.  
    Kacper pokiwał głową i chwycił wcześniej badany nóż, by przyjrzeć mu się dokładnie. Prze chwilę obracał go w ręku, zastanawiając się nad czymś.
    – Dawno nie mieliśmy żadnego zlecenia… – zaczął, nie patrząc na kumpla. Nie musiał kończyć – Denis doskonal wiedział o co mu chodzi.
    – Tak, bierzemy tę robotę.

    ***

    Stali przed niedużym domkiem z czerwonej cegły na warszawskiej Pradze. Stare okna pokryte były brudem, a wysokie chwasty zarosły nieduży ogródek. Jedynie blade światło prześwitujące przez szybę na piętrze, wskazywało na obecność kogoś w środku.
    – Duch ogląda telewizje? – Kacper zmrużył oczy, próbując coś wypatrzeć. Stojący obok Denis, kulturalnie zignorował jego uwagę i mocno walnął dłonią w urządzonko wielkości niedużego telefonu, które wykrywało wszelkie zjawiska paranormalne.
    – Cholerstwo, znowu się zepsuło – prychnął. Ze względu na „drobną” dziurę w budżecie, często korzystali z tego co wynalazł Kacper. Wyjątkowo często te wynalazki wybuchały im przed nosami, wywoływały małe huragany albo ściągały z innego wymiaru jakiegoś niekulturalnego dżina.
    W tym momencie ekran zadrżał obiecująco i na ekranie pojawiła się mała czerwona kropka.
    – Widzisz?! Działa! – Kacper uśmiechnął się triumfalnie, poprawiając opadające na twarz gogle. Jego kolego przewrócił tylko oczami po czym odwrócił się na pięcie.
    – Idę po sprzęt, postaraj się przez ten czas nie doprowadzić do końca świata – powiedział, odchodząc w kierunku, stojącego na końcu ulicy rozklekotanego malucha.
    Denis wrócił parę minut później. Ciągnął za sobą dwie butle z tlenem, do których ktoś przyczepił rury od odkurzacza. W zębach trzymał niedużą cieniutką książeczkę. Siłą wepchnął jedną z maszyn Kacprowi, po czym, krztusząc się przeraźliwie, wypluł okładkę.           
    – Po co ci to? – zapytał Kacper, zakładając na plecy łapacz ektoplazmy. – Masz zamiar walnąć tym ducha w łeb?
    – To ściąga – odpowiedział Denis. – Czasami warto skorzystać z pomocy profesjonalistów.
    – Twierdzisz, że nie jesteśmy profesjonalistami? – prychną drugi łowca, nie odrywając wzroku od swojego łapacza duchów.
    W tym momencie urządzonko zacharczało niezdrowo i wypluł z siebie kłąb kurzu, pokrywając całą twarz Kacpra malowniczą warstwą szarych nieczystości.
    – Żyję! – zawołał, krztusząc się pyłem.
    – Niestety – mruknął Denis. Kacper chyba tego nie usłyszał, bo jak gdyby nigdy nic, przetarł rękawem koniec rury, nasunął na brązowe oczy gogle i płynnym krokiem podszedł do zardzewiałej furtki. Od dawna nieużywane zawiasy zaskrzypiały przeraźliwie.
    Denis podążył a nim mrucząc pod nosem jakieś nie do końca pozytywne określenia.
    Powoli weszli do środka. Zapach stęchlizny i kurzu drażnił ich węch, a nieprzyjemna pleśń pokryła wyblakłą, zieloną tapetę. Po chwiejących się drewnianych schodach, weszli na piętro. Trafili do sporego pomieszczenia, które stanowiło całość tego poziomu. Pod sufitem migotała zakurzona żarówka, a jedynym meblem w pokoju był nieduży stół na środku.
    Na stole stała czysta szklanka świeżego mleka.
    – Miał być duch, a nie dżin? – zdziwił się Kacper, ostrożnie podchodząc do blatu. Denis prychnął  z dezaprobatą, zastanawiając się dlaczego on jeszcze pracuje z tym nie ogarniętym kretynem.
    – A o duchach w jedzeniu to przeczytać się nie chciało? – Odepchnął swojego kompana na bok i pochylił się nad szklanką.
    I w tym momencie doznał wstrząsu całego układu nerwowego.
    – BUUUUUU! – Przed nimi pojawił się całkiem sporu, biały duch. Wyglądał jak podręcznikowy przykład prawdziwego straszydła. Miał bliżej nieokreślony kształt rozcapierzonego prześcieradła w kolorze mlecznobiałym. W nieco bezkształtnej ręce trzymał kawałek papieru. – Strzeżcie się mnie nędzni śmiertelnicy! Jam jest duch wszelkich produktów mlecznych! Jeśli nie opuścicie tego miejsca, przeklnę wasz pokarm!
    Przez cały czas kiedy dziwny związek ektoplazmy próbował ich wystraszyć, łowcy stali jak wryci nie do końca wiedząc czy śmiać się czy płakać. Nigdy w całej swej pokręconej karierze, nie spotkali się z tak nieudolną próbą nastraszenie kogokolwiek. Obydwaj, mimo sporej różnicy charakterów, w tym momencie czuli się jak w jakimś kiepskim programie z ukrytą kamerą.
    – Dlaczego nie uciekacie, piszcząc jak małe dziewczynki? – zapytało straszydło, widząc nie do końca zrozumiałą reakcje łowców.
    – Wiesz, może nikt ci tego nie mówił, ale nie jesteś straszny – odezwał się w końcu Kacper, uśmiechając się przepraszająco. Duch popatrzył na niego, potem na kartkę po czym znowu na łowcę.
    – A niby co robiłem nie tak? – zapytał ze złością. – Wyskoczyłem znienacka? Wyskoczyłem! Zawyłem przeraźliwie? Zawyłem! Zagroziłem klątwą? Zagroziłem! Co jeszcze mam zrobić by wyrobić normę straszenia!? – Duch zachlipał przeciągle.
    Denis zmarszczył czoło i zamyślił się na chwilę, próbując przyswoić otrzymane informacje. Duch, który nie wyrobi normy strasznie zwykle staje przed sądem straszydeł. A tego żaden nadprzyrodzony byt nie chce. Nawet łowcy wiedzieli o czymś takim i gdy natrafiali na jakiegoś niewyrobionego ducha, starali się znaleźć mu miejsce gdzie będzie mógł w spokoju swoją normę wyrobić, nie robiąc przy tym nikomu krzywdy. Tylko gdzie można umieścić ducha produktów mlecznych?
    I nagle wpadł na pewien pomysł. Dlaczego nie wykorzystać takiego straszydła do wyrównania warunków?
    – Ej, nie płacz tak, bo nas utopisz w ektoplazmie – powiedział uśmiechając się chytrze.

    ***

    Jakiś czas później, spacerując po osiedlowych alejkach, Denis miał okazje spotkać pana Ćmińskiego. Nie widział swojego sąsiada już od paru tygodni, ale ta sytuacja jakoś bardzo mu nie przeszkadzało. Zresztą doskonale wiedział co było przyczyną zaniknięcia wizyt mężczyzny w mieszkaniu młodzieńca.
    – Dzień dobry, proszę sąsiada. Jak sąsiadowi mija dzień? – Chłopak uśmiechnął się niewinnie. Ćmiński spojrzał na niego podkrążonymi oczami. Wyglądał jakby od wielu dni nie zmrużył oka.
    – Wyprowadzam się – powiedział zachrypniętym głosem. – Mleko, prześladuje mnie mleko – wyszeptał jeszcze jakby do siebie po czym odszedł w bliżej nieokreślonym kierunku.
    Norma straszenia wyrobiona.




    piątek, 6 listopada 2015

    Miniaturki

    Dzisiaj mam dla was dwie miniaturki, które napisałam jakiś czas temu na forum związanym z serialem animowanym Winx. Niektórzy mogą uważać, że to trochę dziecinne, ale ja wprost uwielbiam zagłębiać się w psychikę niektórych bohaterów i wymyślać im nowe historie, opisywać ich przeżycia itp. Nie wymagam by osoba, która to czyta jakoś bardzo orientowała się w fabule, ale delikatna znajomość ogólnego sensu mile widziana.

    Zapraszam więc do czytania.



    Tchórz

    Jesteś tchórzem, Timmy

    Dzień jest słoneczny, ciepły. Dzieci w różnym wieku bawią się na placu zabaw zjeżdżając ze zjeżdżalni, huśtając się na huśtawkach lub kręcą się na karuzeli. Sześcioletni Timmy stoi przed metalowymi drabinkami i z przerażeniem wymalowanym na twarzy wpatruje się w swoich kolegów, którzy siedzą na górze wesoło machając nogami.  Pokrzykują wesoło zachęcając chłopca by ten wszedł na drabinki.
    Ale Timmy się boi. To jest dla niego za wysoko. A co jeśli spadnie i się połamie? I wszystko będzie go bolało? I trafi do szpitala? A wtedy sprawi problem mamie, która i tak ma już wystarczająco dużo zmartwień. Szczególnie odkąd tata zaginął na jednej ze swoich misji.
    Timmy przełyka słone łzy, odwraca się na pięcie po czym odchodzi. Słyszy śmiech pozostałych chłopców, wyzwiska. W tedy pierwszy raz słyszy To zdanie.

    Jesteś tchórzem, Timmy

    Pod ścianą stoi mały, rudy kot. Jest przerażony. Otacza go grupka dwunastoletnich chłopców, którzy śmieją się szyderczo, co pewien czas rzucając kamieniami w bezbronne zwierzę. Dręczenie kociaka ich bawi, to rozrywka pozwalająca poczuć władzę nad kimś. A takie uczucie bardzo podoba się młodym dręczycielom.
    Parę metrów dalej stoi Timmy i z niepewną miną przygląda się tej scenie. Choć wie, że to co robią jego koledzy jest złe, to nie wie co zrobić. Boi się zareagować, bo ich jest więcej, są silniejsi, z łatwością mogliby mu coś zrobić.  A tego Timmy boi się najbardziej.
    Chłopiec zagryza wargę, i starając się nie patrzeć w stronę kota, odchodzi. Ze smutkiem stwierdza, że jego ojciec wzgardziłby takim zachowaniem. Ale on nie jest swoim ojcem. Nie jest tak dzielny, odważny, nieustępliwy jak on. Nie jest wstanie stanąć w obronie słabszych. Jedyne co może zrobić to powtarzać sobie To zdanie.

    Jesteś tchórzem, Timmy

    Czternastoletni Timmy przestępuje z nogi na nogę niepewnym wzrokiem wpatrując się w dłonie dwójki kolegów, którzy trzymają butelki z alkoholem. Od prawie dziesięciu minut próbują namówić chłopaka by napił się razem z nimi. Ale ten odmawia. Najchętniej odwróciłby się od nich i odszedł, nie patrząc się za siebie. Nie może się jednak zebrać w sobie. Jest deszczowy dzień i na pewno nikt nie zajrzy do betonowego śmietnika. A jego koledzy wypili już naprawdę dużo i mogliby się stać agresywni. Tego chłopak boi się najbardziej. Boi się, że jeśli odmówi, nie obejdzie się bez użycia siły. Wtedy może już sobie nie poradzić.
    Ale kiedy jeden z chłopaków wyciąga z kieszeni małą paczuszkę z jakąś podejrzaną substancją, Timmy od razu przestaje się wahać. Najpierw wymierza koledze siarczysty policzek, wytrąca mu pudełko z dłoni po czym wychodzi na zewnątrz. Gdy zasuwa toporną zasuwę na drzwiach znów słyszy To zdanie. Ale tym razem jest z siebie dumny i w nieskończoność powtarza sobie jego treść.

    Jesteś tchórzem, Timmy

    Timmy grzebie widelcem w swoim obiedzie, nie zwracając uwagi na to co się dzieje wokół niego. Widząc takie zachowanie, siedzący obok Brandon kręci potępiająco głową po czym odchodzi od stołu nie kończąc posiłku. Odkąd dwa dni wcześniej Trix zabrały z Czerwonej Fontanny jedną z części kodeksu, specjalista nie odezwał się do kolegi ani słowem. Nie żeby Timmy jakoś bardzo zwracał na to uwagę. Tak naprawdę mało go to obchodzi. Wie, że postąpił źle, że powinien powstrzymać czarownice, ale zachowania reszty specjalistów prawie nie zauważa. Tyle razy słyszał z ich ust To zdanie i to często w mniej poważnych sytuacjach, że teraz jest mu to obojętne.
    Gdy je słyszy po prostu wzrusza ramionami.

    Jesteś tchórzem, Timmy



    Jak mogłeś

    Nadal masz go w pamięci. Mimo, że odszedł cały czas wydaję ci się, że jest obok ciebie. Zawsze.

    Riven prawie bezwiednie rzucił bumerangiem w stronę korony jednego z wielu drzew w lesie. Przedmiot wpadł między zielone liście, po czym zgrabnie wrócił do ręki specjalisty, który nie zwrócił na to wielkiej uwagi. Zbyt zajęty rozmyślaniem nad swoim życiem nie zauważyłby niczego, nawet różowych słoni tańczących kankana tuż przed jego nosem.
    Umysł młodego specjalisty całkowicie zajmowała decyzja, którą podjął. Odchodząc od swoich przyjaciół nie zastanawiał się, dlaczego to robi i dopiero teraz mógł się nad tym porządnie zastanowić. Bez męczących spojrzeń reszty specjalistów i ich natrętnych pytań.
    Tak, bycie samemu miało swoje plusy.

    Jednak nie możesz zaprzeczyć, że brakuje ci tej jednej jedynej osoby, która nigdy o nic cię nie oskarżyła, która potrafiła wysłuchać i pomóc.

    Mimo, teoretycznie, dogodnych warunków specjalista nie potrafił się skupić. Cały czas wydawało mu  się, że on jest obok i zaraz rzuci jakimś żartem albo w dwóch krótkich zdaniach wyjaśni, gdzie Riven popełnił błąd i co jeszcze może zrobić. Trudno sobie wyobrazić, jak wiele zrobił on dla chłopaka, w ilu rzeczach już mu pomógł. Przecież gdyby nie on, związek z Musą już dawno straciłby jakikolwiek sens, a reszta jego „przyjaciół” odwróciłaby się od niego. Bo oni nie potrafili zrozumieć charakteru Rivena, nie potrafili pojąć, że on naprawdę stara się zmniejszyć natężenie głupich czynów do minimum, ale czasami po prostu mu się nie udaje.
    On rozumiał.

    Nie możesz mu wybaczyć tego co zrobił. Przecież na pewno było jakieś inne wyjście nie wymagające poświęcenia życia. Żadnego życia.

    Wspomnienia specjalisty z tamtego pamiętnego dnia ograniczają się do paru czarnych plam, bólu i zdziwienia. Bo przecież jak taki wielki czarodziej, niesamowity człowiek, po prostu świetna osoba, mogła ot tak po prostu zginąć, umrzeć nie zwracając uwagi na to, że potem ludzie, dla których był ważny, będą cierpieć. I niektórzy nie będą mieli do kogo się zwrócić z problemem.

    Ty nie miałeś kogoś takiego. Po jego śmierci nikt nie zauważył jednej ważnej rzeczy.
    Zginął twój jedyny przyjaciel.





                                                                                                                               


    sobota, 17 października 2015

    Jestem Julią

    Przedstawiam wam króciutki tekst napisany na potrzebę mojego tematu na jednym forum. Coś dłuższego powinno pojawić się w najbliższej przyszłości, ale na razie muszę się uporać z komputerem, który regularnie odmawia posłuszeństwa.
    W tekście wykorzystany został wiersz " Jestem Julią" Haliny Poświatowskiej.
    Zapraszam do czytania i komentowania.



    Jestem Julią

    Jestem Julią
    mam lat 23
    dotknęłam kiedyś miłości
    miała smak gorzki
    jak filiżanka ciemnej kawy

    Pamięta każdą sekundę ich pierwszego spotkania. Każde słowo, które wtedy wypowiedziała, teraz wbija się w jej serce jak zardzewiałe gwoździe. Nie może wymazać z pamięci swojego zachowania w tamtej chwili. Gdyby mogła, cofnęłaby się w czasie i wykorzystała każdą minutę jaką straciła przez swoje głupie zachowanie.  Nigdy sobie tego nie wybaczy. Za każdym razem gdy słyszy słowo „szpieg” jej dłonie zaciskają się ze wściekłością. Życie nauczyło ją by nikogo nie oceniać od razu. Bo czasami nawet najbardziej podejrzana osoba może stać się ważna.
    Dla niej stała się najważniejszą osobą w jej życiu.
    I nadal nią jest.
    Chociaż nie wie czy to co teraz przeżywa można nazwać życiem

    wzmogła
    rytm serca
    rozdrażniła
    mój żywy organizm
    rozkołysała zmysły

    Wspomnienia z czasu kiedy byli razem przypominają trochę wspomnienia osoby nadużywającej alkoholu. Są jakby zamglone, zniekształcone. Przy niektórych pamięta każda najmniejszą rysę na jego twarzy. Innym razem jest to tylko dźwięk robionego zdjęcia, zapach jego skóry albo wesoły śmiech obojga. Wszystkie obrazy z tamtego okresu wydają się być tylko nieprawdopodobnym snem. I gdyby nie grube albumy stojące na jej półce, miałaby wątpliwości czy to wszystko naprawdę się wydarzyło.
    A może tak byłoby lepiej?
    Na co komu miłość idealna, której już nie ma?

    odeszła

    Jego już nie ma. Odszedł. Opuścił ją na zawsze.
    A ona mu na to pozwoliła.

    Jestem Julią
    na wysokim balkonie
    zawisła

    Dni bez niego nie istnieją. Są tylko kolejną nic nieznaczącą cząstką jej życie. Tkwi w nich jak w transie. Uśmiecha się gdy inni się uśmiechają, smuci się gdy inni się smucą. Ale jej oczy są puste, nie wyrażają żadnych emocji. Choćby ktoś wpatrywał się w nie w nieskończoność, one nadal pozostaną takie same  - bez wyrazu, wpatrzone w jakiś punkt gdzieś w przestrzeni.

    Krzyczę wróć
    Wołam wróć
    Plamię
    Przygryzione wargi
    Barwą krwi

    Wśród kliku rzeczy, które zatrzymała jest delikatny złoty pierścionek nadal tkwiący na jej lewej dłoni. Nigdy nawet nie pomyślała o tym by go zdjąć. Był w końcu ostatnią rzeczą jaką jej podarował.
    Kiedyś przez przypadek zacięła się drobnym kawałeczkiem złota. Nie wie jak to zrobiła, ale gdy zobaczyła cienką stróżkę krwi spływającą po jej dłoni, coś w niej pękło. Zaszlochała głośno i osunęła się na ziemię. Wołała go głośno. Ale on nie przychodził. Nie przytulił jej, nie pocieszył, nie uspokoił. Choć na zewnątrz rana była niewielka, to od środka osiągnęła nieprawdopodobny rozmiar. Krwawiło jej serce. Krwawił jej umysł.
    A jego nie było.

    nie wróciła

    On już nie wróci. Już nigdy nie będzie mogła spojrzeć mu w oczy. Już nigdy nie będzie mogła się do niego nie przytulić, nie będzie mogła go pocałować.
    Nie powie jak bardzo go kocha.
    Jestem Julią
    mam lat tysiąc
    żyję –

    Już nigdy.