poniedziałek, 10 lipca 2017

20 tysięcy mil… między wymiarowej żeglugi?


Hejo!
Witam wszystkich pod dość długiej ( trochę za długiej) przerwie. Przybywam do was z nowymi przygodami Łowców ( a jakżeby inaczej), które powstały pod wpływem strumienia wyobraźni na obozie literacki. 
Czyli, kiedy każą ci myśleć, ale twój mózg postanawia wziąć sobie wolne. 
Uwaga na przyszłość: Rachel i piankowe makarony kończą się względną katastrofą. 
Serdecznie zapraszam do czytania. 
Luna


20 tysięcy mil… między wymiarowej żeglugi?



— To bardzo głupi pomysł — dobitnie stwierdził Denis, z powątpieniem patrząc na otwarty przed nim kolorowy portal.

— Dlaczego ty zawsze z góry zakładasz, że wszystkie moje pomysły są głupie?! — oburzył się Kacper. — Jesteś niemiły! — tupnął nóżką i przybrał minę obrażonej dziewczynki.

— A wskaż mi jeden, który taki nie był.

— Tydzień temu. Polowaliśmy na mumię. Chciałem ją zamknąć w zamrażarce w lodziarni. Zadziałało.

— Wyjadła cały zapas lodów. Nadal jesteśmy winni lodziarzowi odszkodowanie.

— Nieplanowany skutek uboczny — przewrócił oczami. — No, ale powiedz mi, co jest nie tak z moją dzisiejszą inwencją twórczą? 

— Mam wymieniać po kolei? — Denis uniósł pytająco brew. — Po pierwsze, jest prawie północ, a my stoimy w środku jakiegoś lasu i nikt, absolutnie nikt nie wie, że tu jesteśmy. Po drugie, otworzyłeś przed nami portal do zupełnie innego wymiaru, co już samo w sobie jest dziwne i niepokojącego. Po trzecie, zrobiłeś to przy pomocy urządzenia zbudowanego własnoręcznie  mojej piwnicy. Czy to nie brzmi wystarczająco niebezpiecznie?

Kacper w zamyśleniu podrapał się po brodzie, rozpatrując pytanie przyjaciela.

— Nie, zdecydowanie nie — wyszczerzył się głupkowato. — To co? Skaczemy?

— Chyba cię pogrzało. Nigdzie z tobą nie idę.

— Nikt cię nie pytał o zdanie — chwycił przyjaciela z nadgarstek i pociągnął w stronę portalu.

— Ale…

A potem zapadła ciemność.



***



— Rachel, to jest bardzo, ale to bardzo zły pomysł.

— Ale przecież sama tego chciała.

Luna westchnęła głęboko, poprawiając opaskę. Razem z przyjaciółką stały na środku zupełnie pustego, nieużytkowanego pola. W promieniu kilometra nie było nic, jedynie cienka linia domów malowała się na horyzoncie. Świeciło słońce, chmurki leniwie przesuwały się po niebie i ogólnie pogoda była wyjątkowo przyjazna.

— Chciałam, żebyś zapoznała mnie z podstawami sztuki bycia ninją. Tak w ramach programu „Zagłębiamy się w pasję przyjaciela”. Nie wiedziałam, że w programie będzie naparzanie się na piankowe makarony.

— A masz lepszy pomysł? Przecież mojego maleństwa nie dam ci do ręki. — Rachel czule pogłaskała trzymaną katanę.

— Fajnie, że mi ufasz. — Przewróciła oczami Luna.

— Nic na to nie poradzimy, że obydwie mamy skłonności do skrajnej destrukcji i doskonale o tym wiemy. — Druga dziewczyna rozłożyła bezradnie ręce. — Nie gadaj, tylko walcz.

Luna mruknęła coś jeszcze pod nosem i niechętnie chwyciła makaron. Przez chwilę ważyła broń w dłoni, a potem zamachnęła się nim z wyjątkową determinacją.

Planowała trafić w głowę przyjaciółki, ale zamiast tego uderzyła w nicość.

I to dosłownie w nicość. Między nastolatkami, zupełnie znikąd pojawił się fioletowy portal, który dosłownie wessał rurę i pewnie zrobiłby to samo z dziewczyną, gdyby ta nie puściła go w odpowiednim momencie.

Wir unosił się w powietrzu przez kilka sekund, pulsując dziwnym blaskiem. Nie zerwał się wiatr, nie zagrzmiało, świat się nie zawalił, więc one nadal stały po dwóch jego stronach, jak głupie.

Nagle coś huknęło i ze środka portalu wypadło dwóch, nieco starszych od przyjaciółek, chłopaków. Mogli mieć jakieś dwadzieścia kilka lat, jeden, niższy, miał czarne, odstające na wszystkie strony włosy, a drugi, wyższy, burzę blond loczków, która nadawała mu wygląd uroczego cherubinka. Gdy tylko podnieśli się na nogi, portal po prostu zniknął.

— Widzisz, Denis, żyjemy! — wykrzyknął wesoło ten niższy, otrzepując się z kurzu.

— Masz szczęście — warknął drugi chłopak. — Inaczej w trybie natychmiastowym urwałbym ci łeb.

— Nie mógłbyś tego zrobić skoro obydwoje bylibyśmy martwi.

— Weź się…

— O, dzień dobry, szanownym paniom!

Dopiero teraz obydwoje zauważyli dziewczyny. Luna i Rachel nadal stały nieruchome, z szeroko otwartymi oczami i szczękami na  głębokości Rowu Mariańskiego.

— Y… cześć? — Rache zupełnie nieświadomie uniosła dłoń, w której trzymała katanę i pomachała nią na przywitanie. — Czy to będzie bardzo nietaktowne jeśli zapytam, kim jesteście?

— Oczywiście, że nie! Ja nazywam się Kacper, a to mój towarzysz Denis. Jesteśmy Łowcami Duchów i przybywamy do was z innego wymiaru.

Szczęki przyjaciółek osiągnęły poziom jądra Ziemi, a ich gałki oczne wyspacerowały z orbit.

— Że niby jesteście „tymi” łowcami? — wydukała słabo Luna.

— Nie wiem, co masz na myśli mówiąc, „tymi”, ale tak, jesteśmy łowcami. — powtórzył po koledze Denis.

Jeszcze bardziej przerażona dziewczyna przysunęła się do koleżanki, nie spuszczając jednak wzroku z przybyszy.

— Rachela, nie wiem, co dodałaś do tych swoich naleśników, ale teraz mam halucynacje — wyszeptała.

— Jesteśmy jak najbardziej prawdziwi, szanowna pani. — Kacper wyszczerzył się cokolwiek psychopatycznie.

— Dobra, to jest cokolwiek dziwne, nawet jak na mnie — stwierdziła Rachel. — Jeśli jeszcze powiecie, że znacie płazińca Stefana, to chyba zacznę wierzyć w przeznaczenie.

— Nie, wśród naszych znajomych nie ma żadnego płazińca — odpowiedział szczerze Denis. — Ale z waszych wypowiedzi wnioskuję, że nas znacie. Mogę zapytać skąd?

Przyjaciółki wymieniły niepewne spojrzenia. Pytanie, czy udzielając odpowiedzi, nie doprowadzą przez przypadek do końca świata, zawisło w powietrzu.

— Wiecie, to trochę skomplikowane — zaczęła Luna — Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że w tym świecie jesteście tylko bohaterami opowiadań. Naszych opowiadań. I właśnie wyskoczyliście z między wymiarowego portalu, co nie bardzo mieści się w prawach fizyki naszego świata.

— Tak naprawdę, to w ogóle się nie mieści – uzupełniła jej przyjaciółki.

Tym razem to Łowcy byli w głębokim szoku. Tego zdecydowanie się nie spodziewali.

— Dobra, załóżmy, że wam wierzymy. Czy w takim razie ten świat jakoś bardzo różni się od naszego? — zapytał Denis.

Obydwie zgodnie pokręciły głowami.

— Tylko nie mamy tutaj istot nadprzyrodzonych. A przynajmniej ja żadnej nigdy nie spotkałam. — W głosie Rachel słychać było rozczarowanie.

— W takim razie nie mamy tu nic do roboty — stwierdził Kacper. — Bardzo miło było nam szanowne panie poznać, ale teraz musimy wracać do domu. Adios! — Odwrócił się na pięcie i już chciał przejść przez portal, gdy wtedy zdał sobie sprawę z pewnego bardzo ważnego szczegółu.

Portalu nie było.

— O kurczaki.

— Kacper, jesteś martwy.



***

           

Portalu nie było, a Kacper nie miał ze sobą urządzenia do tworzenia przejścia między wymiarami. Denis był na niego wściekły, za to Rachel i Luna nadal nie przetworzyły tego, że oni to oni. Może to właśnie brak zdolności logicznego myślenia sprawił, że bez zbędnych protestów przystały na plan tego mniej ogarniętego Łowcy.

            A może dlatego, że obydwie uwielbiały pakować się w kłopoty.

            I trochę głupio byłoby zostawić chłopaków zupełnie samych.

            Mimo że znały od niespełna dziesięciu minut.

            Ale raz się żyje, prawda?

            Kacper miał plan. Opierał się on na tym, co kiedyś wyczytał w pewnej książce. Podobno istnieją portale, które otwarte są przez cały czas i przenoszą podróżników do ich macierzystego wymiaru.

            Trzeba było tylko takie przejścia znaleźć.

            — Legendy — właśnie tak brzmiało pierwsze słowo Kacpra, gdy tylko stanęli całą czwórką na środku krakowskiego rynku. Stwierdzili bowiem, że poszukiwania zaczną od centrum, bo nic innego nie przychodziło im do głowy.

            — Legendy? — Luna uniosła pytająco brwi.

            — Tak, właśnie one. W książce napisali, że portali zawsze musi pilnować jakiś potwór. Najlepiej miejscowy. O takich stworach zwykle mówią lokalne baśnie i legendy — wytłumaczył Łowca.

            — My tu mamy takiego jednego potworka – Smoka Wawelskiego. — Rachel od razu załapała, o co chodzi. — Tylko, że on jest z brązu. I raczej nie pilnuje portalu, a stanu skarbca miasta — prychnęła.

            — Chodzi o symbole, towarzysze, symbole! Gdzież to znajduje się ta wasza kreatura?

            — Jakieś dziesięć minut drogi stąd.

            — Więc na co czekamy! Komu w drogę, temu czas!

            Przyjaciółki znów spojrzały na siebie znacząco. Już cały ich dzień można byłoby wykorzystać jako scenariusz filmu, a zaraz miało się zrobić jeszcze dziwniej.

            Pod sześciometrową rzeźbą było wszystko, tylko nie portal. Dzieci, rodzice, psy, rowerzyści, gołębie, stoiska z watą cukrową i preclami, zajmowali prawie każdy skrawek bulwaru, ale tajemniczego wiru nigdzie nie było widać.

            — Twoja teoria wzięła w łeb — prychnął Denis.

            — Jeszcze niekoniecznie — uspokoił go Kacper. — A jaskinia? Chyba jest tu jaskinia?

            — Pewnie, że jest — wzruszyła ramionami Luna — taka oświetlona, oblegana przez turystów i upaćkana gumą.

            — Kupujemy żelki i wchodzimy do środka.

            — Żelki?

            — Tak, żelki, najlepiej kwaśne. Smoki lubią takie.

            — Ale smok jest tutaj — trzeźwo zauważył Denis.

            — Czy wy musicie zadawać tyle zbędnych pytań? — Tym razem do akcji wkroczyła Rachel, która z każdą kolejną sekundą wydawała się być coraz bardziej podekscytowana całą akcją. — Macie jakieś inne pomysły? Nie? W takim razie nie gadać tylko działać!

            Czy mogli protestować? Wizja bliskiego spotkania trzeciego stopnia z kataną nie wydawała się być zbyt pociągająca.

            Żelki kupili bez większego problemu, bilety do jaskini również i po chwili znaleźli się w środku. Wtedy zdali sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie do końca wiedzą, co robić.

            — Wypatrujcie wszystkiego, co może wydawać się dziwne — szepnął Kacper, gdy powoli szli wąskimi korytarzami. — Wiecie, starych drzwi, zapuszczonych korytarzy, skrzyń… o, smok!

            Wszyscy stanęli jak wryci. Tam naprawdę był smok. Leżał głęboko w jednej z wnęk, na pierwszy rzut oka wyglądał jak pluszowa zabawka. Miał może metr długości, żółto – różowe łuski i błękitne rogi. Jego grzbiet unosił się nieznacznie przy każdym oddechu, a z nozdrzy wydobywały się maciupeńkie kłębki pary.

            — To najprawdziwszy smok — wydukała Luna. 

            — Ale super — w tym samym momencie odezwała się Rachel. — I to super do kwadratu.

            — Mówiłem, że tu będzie! — Kacper podskoczył wesoło, uśmiechając się z triumfem. — Zobaczysz — zwrócił się do Denisa — zaraz wrócimy do domu. Teraz już doskonale wiem, co robię. — Otworzył paczkę żelków wyjął z niej jednego kwaśnego węża, a potem zaczął bardzo ostrożnie zbliżać się z nim do potwora. — Cip, cip, cip, smoczku, cip, cip, cip.

            Obudzony tym wołaniem smok, najpierw leniwie uniósł leniwie jedną powiekę, drugą, a na końcu ziewnął przeciągle, otwierając szeroko paszczę. W środku niej nie było jednak zębów, ale lśnił fioletowy wir — portal.

— Chyba nie myślisz, że tam wskoczę. — Denis przezornie zrobił krok w tył.

— Oczywiście, że wskoczysz — powiedział pewnie Kacper i stanął nad stworem z cukierkiem, powodując, że ten nadal leżał z otwartymi na oścież szczękami. Chyba był zbyt leniwy, by samemu sięgnąć po przysmak i po prostu czekał, aż ktoś mu go wrzuci do pyska.

— Nie zmusisz mnie…

— Nie będę cię do niczego zmuszał. Rachel…

Rachel doskonale wiedziała, co ma zrobić, w końcu tok myślowy Łowcy był jej doskonale znany. Uśmiechnęła się psychopatycznie i za nim Denis zdążył zaprotestować, popchnęła go w kierunku przejścia. Użyła do tego całej swojej siły, a że mimo dość drobnej postury, miała jej dużo, chłopak niewiele mógł zrobić. Wpadł do portalu, machając bezwładnie rękami i przeklinając na czym świat stoi, jednak na nic się to nie zdało, bo sekundę później po prostu zniknął.

— Chyba przeżył — mruknął do siebie Kacper, niepewnie spoglądając na wir. — Okej, uznajmy, że wszystko poszło zgodnie z planem. Niestety, ale teraz przyszedł czas na mnie. Musimy się pożegnać — westchnął głęboko. — Czuję się zaszczycony, że mogłem poznać tak wspaniałe osóbki jak wy. — Skłonił się szarmancko, a następnie nie dając dziewczynom powiedzieć nawet słowa, po prostu wskoczył do portalu i zniknął, tak jak wcześniej jego przyjaciel.

Żelek wpadł w końcu do paszczy smok. Stwór beknął, oblizał się ze smakiem, a potem znów zasnął.

— Ty też to widziałaś? — zapytała niepewnie Luna, kiedy w końcu dotarło do niej, co przed chwilą się stało.

— Może… — Rachel przełknęła głośno ślinę. — Idziemy na naleśniki?

— Tak, po tym wszystkim zdecydowanie potrzebuję naleśników.

           

    

niedziela, 18 czerwca 2017

Le vampire de Paris (pt. 2)

Panie i panowie, oraz przybysze z kosmosu, 
Przed wami... tak, druga część najnowszego opowiadanka o łowcach! Wiem, wiem, trochę zwlekałam z opublikowaniem jej, ale wiecie jak to jest, koniec roku szkolnego najłatwiejszy nie jest. Mam więc nadzieję, że mi wybaczycie. 
~Rachel
Ps. Legenda wspomniana w tekście jak najbardziej istnieje. Dla ciekawskich (i umiejących francuski), załączam link


Le vampire de Paris (część druga)




Choć nikt nie wykonał żadnego ruchu w stronę włącznika, wszystkie światła zapaliły się niemal jednocześnie. Oczom łowców ukazał się wysoki, chudy jegomość, nonszalancko opierający się o fotel. Jego elegancki, czarny garnitur jedynie podkreślał jego szczupłość, czyniąc go podobnym do przerośniętego wieszaka. Włosy przybysza, również czarne, wyraźnie wskazywały na to, że hobby właściciela było wtykanie widelców w miejsca przepływu prądu.
– Jaf fniemam, jeftescie łofcami dufów? – wyseplenił.
Cała czwórka spojrzała na niego bez zrozumienia. Nieznajomy westchnął ciężko.
– Fo fszes te fęby – spróbował wyjaśnić. – Ftrasznie cięfko fię mófi.
– Ej, ej, ej – shinigami jako pierwszy odzyskał przytomność umysłu (przynajmniej na tyle, na ile ją wcześniej posiadał), oskarżycielsko wcelowując palec w nieproszonego gościa. – Ty jesteś martwy. Czyżbym znowu zapomniał kogoś skosić?
Denis zamrugał kilka razy, jakby był przekonany, że to wszystko tylko mu się śni.
– Znowu? – zapytał.
– No co? To, że jestem personifikacją śmierci nie znaczy zaraz, że nie mogę popełnić drobnego błędu, nie?
– Drobnego?! Zapomnienie o zabraniu duszy na tamtą stronę to drobny błąd?!
– Nie jeftem tfupem – obronił się przybysz. – Jeftem fampifem.
Wszyscy rzucili mu nierozumiejące spojrzenia. Laura zmarszczyła brwi.
– Wampirem – stwierdziła. – On chyba powiedział „wampirem”.
– Tak, tak. Fampifem – potwierdził nieproszony gość.
Kacper prawie wykrzyknął coś, co do złudzenia brzmiało jak „ha! miałem rację!”, jednak mordercze spojrzenie Denisa sprawiło, że zmienił zdanie.
– W takim razie… – ostrożnie zaczął drugi łowca. – To ty stoisz za tymi morderstwami?
– Fósz za fomysł! Jeftem fobrze wyfowanym fampifem, fałą kref fiorę ze fpitala.
– I naprawdę jesteś wampirem? – upewnił się Kacper. – Takim z kłami i w ogóle? I zamieniasz się w nietoperza?
– No, s tym niefofeszem to… – wampir zmieszał się i wbił wzrok w podłogę.
– Kacper! – syknął Denis. – Skupmy się może na rzeczach ważniejszych. Jeśli nie on zabił tych ludzi, to…
– F tym fłaśnie mój froblem. Ftoś fiega fo moim miefcie i mofduje ludzi, a fszy tym ftara się frzucić finę na mnie. Dlafego fcę go fłapać. Fomofecie mi?
Łowca już zabierał się, żeby udzielić jakiejś odpowiedzi, ale ubiegł go Kacper.
– Jasne, z wielką… auu!
Jego nagłe zamilknięcie związane było z butem Denisa gwałtownie spotykającym się z jego stopą.
– Zanim na cokolwiek się zgodzimy – wycedził napastnik. – Musimy wiedzieć dokładnie, w co się pakujemy.
Krwiopijca pokręcił głową z najbardziej niewinną miną, jaką jest w stanie z siebie wykrzesać prawie dwumetrowa istota nocy o świecących, czerwonych oczach.
– Frawdę fowiedziafszy, nie fiem. Fordercą foże być ftokolfiek. Fłyszałem o was i fodobno festeście frofesjonalistami. Fardzo przydałaby mi się fasza pomoc.
Shinigami westchnął ostentacyjnie.
– Ktokolwiek za tym stoi, góra kazała mi go złapać, więc jesteśmy na siebie skazani. Pomożemy ci.
Brew Denisa zadrgała gwałtownie.
– Nie podejmuj decyzji za nas! – krzyknął. – My nawet nie pracujemy razem!
Kosiarz wzruszył ramionami.
 – Teraz już pracujemy.
Wampir pokiwał głową z zadowoleniem, nie zważając na protesty łowcy.
– Foś czuję, że fędzie się nam fietnie fazem fracofało. Jeftem Alexandre.
– Kacper – przedstawił się Kacper. – To mój przyjaciel Denis, jego żona Laura, a tam dalej stoi Śmierć.
– Fiło mi.
Denis ukrył twarz w dłoniach.
– Dlaczego nikogo nie obchodzi moje zdanie? – jęknął.
***
Około piętnaście minut później pokój zawalony był rozmaitym sprzętem i papierami, a na środku stolika do kawy spoczywała mapa Paryża.
– Skąd ta pewność, że będzie zabijał dalej? – zdumiał się Kacper, nurkując w jedną ze stert z zamiarem odszukania swojego telefonu, który wypadł mu z kieszeni gdzieś w tym rozgardiaszu. – W końcu ukatrupił już pięć osób. Równie dobrze mógłby na tym skończyć.
– Nie skończy na tym – shinigami westchnął. – Wiem od góry. Będzie w sumie sześć morderstw. Mam go powstrzymać zanim popełni wszystkie.
– Hmm – wampir zadumał się. – Sefć, tak?
– Czyżbyś miał jakiś pomysł? – zapytał Denis, machinalnie bawiąc się czarnym markerem i spoglądając na mapę.
– Nief fomyślę…. nie, fyba nie.
– Nie wiemy kto zabija, jak wygląda i jakim rodzajem istoty w ogóle jest. Jeśli chcemy mieć jakąkolwiek szansę na złapanie go, musimy się dowiedzieć gdzie i kiedy zaatakuje następnym razem i powstrzymać go wtedy – zauważyła Laura.
– Morderstwo powinno być dziś w nocy – stwierdził Kacper. – Każde poprzednie popełnione zostało o północy, w dwudziestoczterogodzinnych odstępach. No co? – zapytał, kiedy pytające spojrzenia wszystkich skierowały się na niego. – Czytałem przecież akta francuskiej policji.
– Nie wiedziałam, że tak dobrze znasz francuski.
– Co tu dużo mówić… jestem człowiekiem o wielu ukrytych talentach.
Denis, który nie zwracał uwagi na toczącą się tuż koło niego konwersację już od dłuższego czasu, pochylił się nad mapą, wpatrując się w nią tak intensywnie, jakby chciał w niej wypalić dziurę.
– Kacper? – zawołał, przerywając zaciekłą dyskusję przyjaciela z wampirem na temat jego złej odmiany pewnego francuskiego czasownika. – Chodź tu i bądź na chwilę przydatny. Gdzie popełniono morderstwa?
– Hmm… – łowca również się pochylił. – Pierwsze było tutaj, na skrzyżowaniu Boulevard Saint Michel i Rue de Écoles.
– Tfój afcent jeft fatafny – rzucił Alexandre.
– I kto to mówi!
– Kacper, nie rozpraszaj się.
– Dobrze, już dobrze. Drugie było gdzieś w tej okolicy, trzecie tu, czwarte tutaj, a piąte, to o którym ci mówiłem, na brzegu rzeki, o… tutaj. Mamy teraz kilka czarnych kropek na mapie. Czy to nam cokolwiek daje?
– Z kim mi przyszło pracować… popatrz.
Połączył linią pierwsze dwa punkty na mapie.
– A teraz dewastujesz mapę? – próbował zgadnąć Kacper.
– Nie. Trochę cierpliwości.
Kolejne linie połączyły miejsca dokonania morderstw. Kacper złapał się za głowę.
– Tylko mi nie mów, że z tego wychodzi pentagram.
– Nie, logo My Little Pony. Czego się spodziewałeś? Morderstwa popełniono pozornie bez jakiegoś większego porządku, ale w rzeczywistości…
Shinigami powoli zaklaskał.
– Szósty raz zabójca zaatakuje w centrum. No, no, jesteś całkiem bystry, jak na człowieka.
– Dzięki. Chyba.
– Czyli gdzie? – spytał Kacper, przyglądając się jeszcze raz mapie. – Centrum….
– Katedra Notre-Dame – stwierdziła Laura, odsuwając go na bok i sama pochylając się nad papierem. – Ciekawe dlaczego?
– Fo ta lefenda – wyjaśnił wampir. – Ferronnier Biscornet et des portes du diable.
– Bramy diabła – potwierdził Kacper, udając, że wcale nie sprawdza właśnie na telefonie. – Według legendy w XIII wieku ten gość imieniem Biscorent dostał zlecenie wyrzeźbienia bocznych drzwi katedry. Waga zadania przytłoczyła go i bał się, że zrujnuje swoją reputację, więc facet zaprzedał duszę w zamian za pomoc w wykonaniu zlecenia. Koniec historii.
– Przecież to tylko legenda! – zaprotestowała Laura.
– Fo fystarczy.
– Czy on oszalał? – zdumiał się Denis.
– Nie, to tylko psychopatyczny seryjny morderca, któremu chyba wydaje się, że może przyzywać demony – stwierdził jego przyjaciel. – Zdecydowanie ma wszystko po kolei w głowie.
– Nie o to mi chodzi. Przecież nie ma szans, żeby udało mu się kogoś zamordować w katedrze Notre-Dame.
– A fto pofiefiał, fe fędzie morfował f kafedrze? – zauważył Alexandre.
– To chyba jakieś żarty.
***
Pięć minut przed północą, na placu za katedrą Notre-Dame.
– Wszyscy gotowi? – Denis zmarszczył brwi. – Mamy tylko jedną szansę, żeby go powstrzymać.
– A jak nie to po nas – dodał shinigami. – Jakby komuś była potrzebna motywacja. Stałem kiedyś twarzą w twarz z najprawdziwszym demonem. Za powtórkę z rozrywki raczej podziękuję.
Alecandre wyciągnął niewielki pakunek z krwią, wbił w niego różową, plastikową słomkę i siorbnął przeciągle. W odpowiedzi na spojrzenia łowców wzruszył ramionami, jakby mówił „no co? nigdy nie widzieliście pożywiającego się wampira?”.
Telefon Denisa zabulgotał. Kiedy łowca wyjął go z kieszeni, na wyświetlaczu pojawiła się wiadomość od Laury, głosząca „nie zgiń mi tam, głupku”. Mimowolnie uśmiechnął się do siebie.
Bóg śmierci uniósł swoją kosę i na próbę przeciął nią powietrze, po czym roześmiał się do siebie.
– Pora kogoś skosić! – zawołał radośnie.
Na równi z jego słowami, zegar wybił północ.
A przed nimi z ciemności wyłoniła się postać w czarnej pelerynie. Wyszczerzała zęby w uśmiechu, choć kaptur skutecznie zasłaniał jej twarz.
– Czyli jednak się zjawiliście – oznajmiła głębokim głosem, stając przed łowcami. – Dokładnie tak jak się spodziewałem…
– Czym jesteś? – zapytał niepewnie Kacper.
– Waszym końcem, obawiam się. Przynajmniej jeden z was stanie się ostatnią ofiarą, a potem… otworzy się portal!
– Poftal? – mruknął jakby do siebie wampir.
Shinigami machnął ręką.
– Najpierw go zabijmy, potem pozadajemy pytania.
Łowcy mieli wcześniej okazję podziwiać kosiarza w akcji tylko raz i byli raczej skupieni na innych sprawach, więc dopiero pojęli, że ludzki lęk przed śmiercią ma jednak jakieś logiczne przyczyny.
Bóg śmierci zakręcił kosą, po czym w ułamku sekundy znalazł się za mordercą, poruszając się tak szybko, że można było mieć złudne wrażenie, że się teleportuje. Zakapturzony nieznajomy nie dał mu jednak przewagi, okręcając się na pięcie i uchylając się przed zakrzywionym ostrzem, wyciągając z poły peleryny krótki nóż.
– Widzę, że komuś spieszy się, by mi dopomóc! – oznajmił, przygotowując się do walki.
Shinigami westchnął ze znudzeniem, biorąc kolejny zamach kosą.
– Ty naprawdę nie masz pojęcia kim ja jestem, prawda?
Zabójca nie od razu zauważył zbliżające się od boku ostrze, jednakże miał nadal dość czasu by unieść rękę w obronnym geście. Rękaw zsunął mu się na wysokość łokcia, ujawniając metalowy ochraniacz idący od nadgarstka w dół.
Gdyby bóg śmierci walczył jakąkolwiek zwykłą bronią, najpewniej zostałaby ona zablokowana. Jednakże ostrze kosy śmierci przeszło gładko przez rękę, a potem całe ciało mordercy, zupełnie, jakby było ono zrobione z powietrza, nie pozostawiając nawet żadnej rany. Mimo to zakapturzona postać runęła do tyłu, a przed śmiercią stanęło jej widmo.
– Nie, zdecydowanie nie masz pojęcia – mruknął shinigami. – Bo chyba nie jesteś aż tak głupi, żeby celowo oddzielić sobie duszę od ciała?
– Jesteś kosiarzem – widmo cofnęło się o krok do tyłu, zdumione. – Ale… jak? Dlaczego?
– Ej, to nie ty będziesz teraz miał problem co zrobić z duszą kogoś, kto nie był na liście. Trochę zrozumienia, nie tylko ty masz swoje kłopoty. No, już, idziemy. Raz, raz. Niech góra już się tobą martwi.
Pomachał łowcom na odchodnym i wyparował.
– No fóż, fiękuję sa faszą fomoc – oznajmił wampir, biorąc łyka krwi. – Foże fię jefcze sofaczymy.
Potem on również zniknął, wtapiając się w cienie.
– Oby nie – mruknął Denis. – Na razie nie mam ochoty na spotkanie kolejnego świra przyzywającego demony.
– Oj weź, nie było tak źle – Kacper roześmiał się.
A potem odwrócili się, zostawiając pogrążony w mroku plac za sobą, nie widząc już lekkiego, ledwie widocznego rozbłysku  czerwieni za swoimi plecami.