wtorek, 23 maja 2017

Kot Apoloniusz i sens życia

Witam serdecznie wszystkich tych, którzy jakimś cudem się tutaj znaleźli! 
Jak zapewnie się domyślacie ( albo i nie), po bardzo długiej nieobecności, postanowiłam wrócić/ reaktywować/ wyciągnąć z Tartaru tego bloga. Robię to po dość spontanicznym, ale dokładnym przeanalizowaniu sytuacju i chwilowo bez wiedzy Rachel ( sorry Rache!).
Na pierwszy ogień postanowiłam przedstawić wam to, co powstało na zeszłorocznym obozie literackim. Jest krótkie, zwięzłe i stanowi dobrą rozgrzewkę przed dłuższymi pracami.
Panie i Panowie, kot Apoloniusz i sens życia!
~Luna
P.S Jeśli jesteś tu nowy - witam jeszcze raz! Jeśli nie - dziękuję, że nie spisałeś mnie jeszcze na straty.
P.S.S Rachel może też nawiedzi was w przyszłości. 

Kot Apoloniusz i sens życia

Życie kota Apoloniusza ograniczało się do jednego podstawowego zajęcia:
Znaleźć żarełko.
Krążąc sobie w swoim połatanym skafandrze kosmicznym po różnorakich planetach i planetoidach, sprawdzał porzucone stacje kosmiczne i wahadłowce, w poszukiwania czegoś nadającego się do spożycia.
Przetrząsając jedno z takich miejsc zdarzyło się tak, że trafił do ciemnego i prawie pustego magazynu. Prawie pustego bo na samym jego środku leżał sobie błyszcząca lampa. Lampa była nieduża, trochę przykurzona i wydawała się być wyjątkowo… samotna.
Apoloniusz zignorowałby ją całkowicie ( w końcu lampki jadalne nie są), ale w tym momencie przedmiot zaczął drgać, kiwać się na boki i wydawać z siebie dziwne syknięcia. Zaintrygowany nietypowym zachowaniem kot, podszedł bliżej po czym niepewnie szturchnął lampę łapą. Zrobił to raz, a potem jeszcze jeden i w tym momencie lampa rozbłysła tęczowym światłem podniosła się gwałtownie do góry, zawirowała w powietrzu i… zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu.
Zamiast tego w jej miejscu pojawiło się biurko. Ale nie takie nowoczesne, metalowe, biurowe, ale stare drewniane. Dodatkowo posiadało ono parę oczów na nogach, szeroki uśmiech i przyczepione do blatu sombrero.
– Witaj! – krzyknęło, podlatując do Apoloniusza. – Czy wybierzesz się ze mną na wyprawę do starej świątyni istnienia, by pod wielkim stołem znaleźć swój sens życie.
– Y…. co? – Reakcja kota była nadzwyczaj entuzjastyczna.
– Każdy musi znaleźć swój sens życia! Po to żyjemy! – Stół podleciał wesoło pod sam sufit. – Ogólne to Carlos mnie zwą! – przedstawił się. – W teorii to dżinem jestem, ale nie spełniam życzeń, tylko pomagam istotom w metryce żywym odnaleźć sens ich egzystencji.
– Aha – skwitował cały wywód Apoloniusz.
– Uznam to za aprobatę dla mojego wspaniałego pomysłu. – Carlos jeszcze raz podleciał do kota położył jedną ze swoich nóg na jego ramieniu i wrzasnął. – Zmiana położenia cząsteczek molekularnych ciała!
Świat wokół nich zawirował. Apoloniusz stracił przytomność.
***
Obudził się w jakimś ciemnym i zimnym pomieszczeniu. Wszystko go bolało, jego sierść była cała mokra i nie miał na sobie ochronnego skafandra.
Przekręcił się na drugi bok, by lepiej zidentyfikować pomieszczenie, ale ku swojemu przerażeniu to co zobaczył tuż przy swoim pysku był wielki wytrzesz Carlosa i jego psychodeliczny uśmiech.
– Witam w świątyni! – zawołał rozradowany, znów unosząc się kilka metrów nad ziemią. – Dobrze, że odzyskałeś świadomość. Nieprzytomny nie mógłbyś znaleźć swojego sensu, a ja straciłbym robotę.
– Jak widzisz, jestem teraz świadomy tego, że wyteleportowałeś mnie w jakieś bliżej nieokreślone miejsce. Dziękuję bardzo, ale chcę do domu – powiedział z wyrzutem Apoloniusz.
– Przecież ty nie masz domy – stwierdził nadal rozradowany Carlos.
Kot przewrócił oczami z irytacją i podniósł się z ziemi.
– W takim razie odstaw mnie do jakiegoś większego miasta – zażądał, otrzepując sierść z kurzu.
– Najpierw staniesz pod naczelnym stołem! – nakazał Carlos po czym nacisnął przyczepiony do ściany przycisk.
Pomieszczenie, w którym się znajdowali zadrżało, a później zaczęło powoli podjeżdżać do góry. Sufit rozsunął się, a oni znaleźli się w ogromnym, bogato zdobionym pomieszczeniu. Ściany pokryte były złotymi gobelinami, a nad ich głowami wznosił się olbrzymi, srebrny stół, mający co najmniej dwadzieścia metrów wysokości.
– O wielki stole istnienia! – krzyknął Carlos i pewne gdyby miał kolana to na nie by upadł. – Przyprowadzam pod ciebie tego oto przedstawiciela Felis Catus, byś pokazał nam jego sens istnienia!
Zamilkł, czekając na odpowiedź. Nie uzyskał jej jednak. Wielki stół milczał.
– E… najwyższy stole? – zapytał niepewnie.
Nagle cała sala zaczęła się trząść, z sufitu spadały kawałki tynku, od ścian odrywały się gobeliny i lampy, wszystko wyglądało jakby zaraz miało się zawalić.
Przerażony Apoloniusz zrobił gwałtowny zwrot w tył i ile sił w płucach, pognał w kierunku majaczących  na horyzoncie drzwi. Słyszał jak za nim Carlos krzyczy i prosi go b został, by znalazł swój sens, ale on miał to w tamtym momencie głęboko gdzieś. Prześlizgnął w luce między drzwiami i wypadł na zalaną światłem polanę. Musiał być na jakiejś planecie, bo kątem oka dostrzegł wiszące wysoko na niebie dwa słońca.
Dopiero kiedy był pewny, że jest bezpieczny, zatrzymał się i pozwolił sobie na kilka chwil odpoczynku. To  był błąd. Już po kilku sekundach pojawił się Carlos.
– Udało ci się! – krzyknęło rozradowane biurko.
– Ale, że niby co? – Apoloniusz spojrzał na dżina jak na wariata.
– Znalazłeś sens swojej egzystencji. – Mebel wydawał się byś tym wyjątkowo podekscytowany
– Y… a jaki on jest? – Kot nadal nie wiele rozumiał.
Carlos zaśmiał się głośno.
– Ucieczka, przeżycie! To ty jesteś tym, który wieje, gdy tylko coś zepsuje, a taki ktoś zawsze musi być. Masz mega farta i zawsze wszystko uchodzi ci na sucho.
Apoloniusz zmarszczył wąsy, pomyślał przez chwilę po czym wzruszył ramionami i powiedział:
– Aha.
A potem odszedł w poszukiwaniu żarełka.


piątek, 1 lipca 2016

Historia Płazińca Stefana II

Hello!
Przebywamy z Luną na obozie literackim i po zaledwie kilku dniach wszyscy mamy grzyby mózgu. Jak na razie przedstawiam wam kolejną część Płazińca Stefana, obawiam się, że może zrobić się gorzej. 
Bez zbędnego przedłużania, 
Pozdrawiam i zapraszam do czytania,
~Rachel

Historii Płazińca Stefana część druga                                  

– Mmm? – detektyw Holmes puścił balona z gumy do żucia i zerknął na szeryfa. – Przepraszam, mówił pan coś?
Szeryf złapał się za głowę i gdyby płazińce miały jakiekolwiek włosy, zacząłby je sobie rwać.
– Nie wytrzymam z tym gościem – mruknął sam do siebie, po czym głośniej dodał: – Mówiłem właśnie o Stefanie!
– Stefanie? – zdumiał się jego rozmówca, rozkładając się wygodnie na fotelu. – A kto to taki?
– No wiesz – szeryf mówił spokojnie, ale w każdej chwili mógłby wybuchnąć. – Stefan. Leukochloridium Stefan. Ten, który wysadził w powietrze Akademię. Miałeś go złapać, pamiętasz?
– Ach! Stefcio! Już pamiętam! – Holmes przyklasnął radośnie. – Fakt, fakt, zwiał. Dwa lata temu. Już od dawna siedzi w Azylu.
– Widzisz, mówiłem, że w końcu załapiesz, mimo, że jesteś głupi jak but…
– Ale szeryfie, my nie nosimy butów.
– Milcz! W każdym razie, Stefan. Ostatnio jakiś nieznajomy pojawił się w Żywicielu Uniwersalnym i dopytuje się o niego.
– O Stefana?
– Ech… czasami mam wrażenie, że udajesz głupszego niż naprawdę jesteś, Holmes. Tak, o Stefana. A o kim my cały czas rozmawiamy?!
– Rzeczywiście, szeryfie, ale nie widzę powiązania. Przecież Stefan od dwóch lat jest w Azylu. Nie możemy go tam tknąć, nieważne jak ciężkie przestępstwo popełnił. Takie są zasady.
Szeryf niespodziewanie uderzył w biurko, prawie zrzucając Holmesa z jego fotela.
– Pora to zmienić!
– Aaa! Już widzę pański tok rozumowania! Wykorzystamy tego nowoprzybyłego jako naszego szpiega. Skoro szukał Stefana, to pewnie się znają, może przyjaźnią. Wyślemy go do Azylu, on wywabi stamtąd Stefka, a my tam będziemy czekać i BUM! Stefek za kratkami.
– Wiedziałem, że tylko udajesz głupiego. Szczerze powiedziawszy – zaśmiał się nerwowo, myśląc o swoim planie, który, z obecnej perspektywy, nie miał najmniejszego sensu. – To wpadłem na dokładnie taki sam pomysł! Tak… tak właśnie zrobimy… hehe.  
***
Naczelny Tasiemiec Antoniusz wyjrzał przez okno, ziewnął przeciągle, zapalił papierosa i wrócił do kartkowania gazety.
– Bzdury – burknął. – Bzdury, bzdury, bzdury. Same bzdury. Justin Bąblowiec nagrał nowy hit. Na wszystkie płazińce tego świata! Ech… – wyciągnął kolejną gazetę ze sterty, która pokrywała jego biurko. – Cała nadzieja w Intestine Timesie. To chyba już jedyna sensowna gazeta jaką drukują… na resztę szkoda tuszu.
Zerknął na pierwszą stronę.
– Ooo – ucieszył się. – A co to takiego? Brawurowa ucieczka z więzienia… ajajaj, PJ chyba radzi sobie coraz gorzej… Filip P., podejrzany o zamach na kilku policjantów uciekł wczorajszej nocy z jednego z najpilniej strzeżonych więzień w Imperium Tasiemców. Jak na razie okoliczności jego ucieczki nie są znane. Przypuszcza się, że podejrzany jest w drodze do Azylu Przestępców w Woreczku Żółciowym. W pościg za podejrzanym ruszyła już Policja Jelitowa, dowodzona przez Detektywa Pasożyta Holmesa, znanego z takich spraw jak… – Antoniusz przerwał czytanie. – Kolejny przestępca? – mruknął. – Hehehe. Niech rozpocznie się gra!
***
Płaziniec Filip biegł, jakby od tego zależało jego życie.
Co wcale nie mijało się z prawdą.
Filip nie odniósł wrażenia, że to wszystko wydarzyło się już kiedyś, a dokładniej dwa lata wcześniej. Odniósł je jedynie narrator.
Wracając do Filipa.
Przemknął jelitem jak burza, obijając się o ścianki, słysząc wycie syren policyjnych za sobą.  
Wiedział, że długo już nie będzie w stanie biec. Koniec końców opadnie z sił, a wtedy dorwie go Holmes. Który przecież nigdy nie dawał przestępcom uciec. Wyjątkiem był jedynie Stefan, słynny płaziniec, który wysadził Akademię. Ale Filip chociaż przez chwilę nie wątpił, że nigdy nie dorówna żywej legendzie jelita grubego.
Nagle potknął się i przekoziołkował po jelicie, koniec końców zatrzymując się na ściance. Zamrugał i rozejrzał się, próbując zlokalizować coś, co tak złośliwie utrudniło mu ucieczkę. Nie udało mu się, za to obok siebie dostrzegł złożoną karteczkę. Podniósł ją i rozwinął, przez moment wyrzucając z pamięci to, że jest poszukiwanym zbiegiem.
Szanowny Panie Filipie!
Gratuluję Panu dotarcia tak daleko. Musi Pan mieć prawdziwy talent. Jak dotąd znałem tylko jednego płazińca, któremu udało się to samo. Myślę, że dobrze Pan zna jego imię. Wszyscy go znacie.
Mam szczerą nadzieję, że da Pan radę powtórzyć jego wyczyn. Niech Pan pamięta – jestem Pańskim przyjacielem i mogę Panu oferować pewną pomoc… w końcu przecież zależy nam na tym samym.
Jak na razie, niech Pan kontynuuje. Ale zadam Panu jedno, niezwykle ważne pytanie.
Jak bardzo ceni Pan sobie swoje życie?
Z wyrazami szacunku
Przyjaciel
***
Antoniusz zaśmiał się do siebie, bawiąc się machinalnie piórem podczas pisania kolejnej karteczki.
Nikt nie znał prawdy o nim. Oficjalna wersja wydarzeń wyglądała tak, że eksplozja zaskoczyła go w drodze do Akademii, zrzuciła z drogi i spowodowała utratę przytomności. Był w śpiączce, ocknął się tydzień po ucieczce Stefana do Azylu i potwierdzić to mogli wszyscy pracownicy szpitala, w którym rzekomo przebywał.
A wobec tego nie mógłby przecież napisać wszystkich tajemniczych karteczek, które Holmes odnalazł podczas pościgu za Stefanem. Dlatego też był poza wszelkim podejrzeniem.
To jedno małe potknięcie nauczyło go ostrożności, mimo, że wszystko skończyło się dobrze. Po pierwsze, nie mógł już podpisywać się jako Naczelny Tasiemiec. Z powodu urzędu głowy Imperium Tasiemców, był postacią rozpoznawalną.
Oczywiście Antoniusz nigdy nie grzeszył skromnością, dlatego też nie mógł się powstrzymać przed ujawnieniem Stefanowi kim jest, musiał jednak uniknąć robienia podobnych rzeczy, jeśli chciał kontynuować swoją grę.
Po drugie, żadnego więcej tajemniczego znikania. Ułatwiało mu to znacznie grę, ale wzbudzało zbyt duże zainteresowanie. Zwłaszcza ze strony tego wścibskiego Holmesa, który zawsze interesował się tylko i wyłącznie tymi sprawami, które nie dotyczyły go nawet w najmniejszym stopniu.
Antoniusz przerwał rozmyślania, odłożył pióro i odsunął na bok list. Następnie spojrzał znad szachownicy na pasożyta siedzącego naprzeciwko niego.
– Twój ruch – oznajmił.
***
– STEFAN!
Rzeczony płaziniec drgnął zaskoczony i zleciał z fotela, odrzucając na drugi koniec pomieszczenia karabin, który trzymał wcześniej na kolanach.
– Na wszystkie płazińce tego świata, Amanda! Nie możesz mnie tak straszyć! – zaprotestował. – O co ci chodzi?
Amanda wparowała do pokoju. Była wściekła.
– Nie wyjeżdżaj mi tu ze wszystkimi płazińcami tego świata! Już ty dobrze wiesz, o co mi chodzi!
– Wiesz, to co przed chwilą powiedziałem, sugerowałoby coś odwrotnego.
– Co ty Stefan, w Holmesa się zamieniasz z tymi tekstami? Mówię o gliście ludzkiej, która chrapie donośnie w pokoju obok mojego! Czy naprawdę nie pamiętasz ile razy ci mówiłam, że nicienie mają własnego Żywiciela Uniwersalnego, a my własnego? Te granice są nieprzekraczalne!
– Przecież jesteśmy w Azylu, a ona potrzebowała schronienia. Policja i tak nas tu nie dosięgnie.
– Policja może i nie, ale sprawy naruszenia terytorium Imperium Tasiemców przez nicienia kierowane są bezpośrednio do Naczelnego Tasiemca! A uwierz mi, on już o tym na pewno wie. Chcesz nam ściągnąć na kark Antoniusza?!
Stefan momentalnie zamilkł. Fakt, nie zastanawiał się w sumie nad tym. Po prostu wpuścił tą glistę ludzką, nie myślał o skutkach. Antoniusz był ostatnią osobą, której chciałby o sobie przypominać. Może i jego gra się przerwała… ale już on dobrze wiedział, że się nie skończyła.
– To co mam, twoim zdaniem, zrobić? Wyrzucić ją stąd?
– Nie martw się, ja się tym zajmę. Przyszłam tylko na ciebie nakrzyczeć.
Obróciła się na pięcie i wyszła, a Stefan westchnął i usiadł z powrotem na fotelu. Następnie włączył telewizor.
Pierwszą rzeczą, która się pokazała na ekranie, były radiowozy w jelicie cienkim.
– Co to? – zdziwił się leukochloridium. – Czyżby szeryf znowu zgubił klucze?
Ale potem na ekranie pojawił się Holmes, z miną triumfującego bohatera. Brakowało mu jedynie uciętej głowy wroga w dłoni.
– Wszyscy możemy chyba zgodnie przyznać, że to pańskie największe osiągnięcie – oznajmił głos reporterki. – W końcu podejrzany już nie jeden raz zabił ścigających go funkcjonariuszy. A na dodatek był już tak blisko słynnego Azylu…
– Co mogę powiedzieć? – Holmes wyszczerzył się do kamery. – Jestem przecież profesjonalistą. Choć, nie przeczę, myślałem, że szeryf znowu zgubił klucze. Ale, trochę prostej dedukcji i udało mi się ustalić dokładnie kogo mam szukać i gdzie.
Wtedy też Stefanowi ukazał się tunel, którym sam biegł dwa lata wcześniej, podczas swojej ucieczki do Azylu. Pod jego ścianką, otoczony policjantami, kulił się jakiś ciemny kształt. Nagle spojrzał on na kamerę rozszerzonymi pod wpływem światła latarek fotoreceptorami, a Stefan zachłysnął się.
Ciemny kształt przypominał jego.
Leukochloridium!
***
Pamiętaj… jestem twoim przyjacielem… jak bardzo ceni Pan sobie swoje życie… nie stawiaj oporu, Filipie… kiedy nadejdzie czas, pomogę ci… czy pozwoliłbyś, żeby ktoś poświęcił się za ciebie… jak bardzo ceni Pan…
Filip spojrzał na policjantów, którzy podchodzili do niego powoli, jakby był zwierzęciem podejrzanym o wściekliznę. Światła ich latarek raziły jego fotoreceptory, ale, jakby nie patrzeć, nie był raczej w pozycji do składania zażaleń.
Może i w Imperium Tasiemców nie obowiązuje kara śmierci, pomyślał, ale specjalnie dla mnie pewnie ją wprowadzą.
Cała jego nadzieja była w tym tajemniczym przyjacielu, a on nadal nic nie zrobił. W ostatnim liście kazał mu nie stawiać oporu podczas aresztowania, ale nic dobrego póki co z tego nie wyszło.
Jak bardzo cenię sobie swoje życie?, zastanowił się.
Nie miał pojęcia. Mógłby próbować się obronić, ale za pierwszym razem nic mu to nie dało, a ucieczka z więzienia raczej nie poświadczyła jego niewinności.
Ale Filip był niewinny. I nie ważne ile razy kazano mu się przyznać, on wiedział. Wiedział, że nie zabił tamtych policjantów.
W oddali Holmes – bo to on go pochwycił – szczerzył się jak głupi do kamery, przedstawiając uciekiniera jako psychopatę i seryjnego mordercę, którego przechytrzył jedynie dzięki swojej niesamowitości.
W rzeczywistości podłożył Filipowi nogę, kiedy ten uciekał. Tylko dlatego udało mu się go złapać.
Nagle przez ściankę jelita dobiegł płazińca czyjś głos.
– Psst – powiedział ów głos. – Nie za wygodnie ci tu?
– Kim jesteś? – zdziwił się Filip.
– Powiedzmy, że jak na razie twoim jedynym przyjacielem. Słuchaj, na trzy ja rzucam granat dymny, a ty zwiewasz jak najszybciej potrafisz.
– Cudnie. Kocham ten plan.
– Nie musisz mi mówić, że jest beznadziejny. Zdążyłem się domyślić. A teraz rób, co ci kazałem. Raz… dwa…
TRZY!
***
– A wtedy on chwycił piłę łańcuchową i… – wywód detektywa Holmesa przerwały kłęby szarego dymu, które nagle spowiły jego postać. – A… a… a psik! – kichnął. – Jestem uczulony na granaty dymne!
W momencie kiedy dym się rozwiał, Płazińca Filipa już nie była. Holmes zaklął szpetnie i odwrócił się w stronę Azylu. Ale zanim pobiegł za uciekinierem, mrugnął jeszcze do reporterki i podał jej wizytówkę.
– Mój numer. Zadzwoń. Pogadamy o moich bohaterskich czynach.
A następnie zniknął za zakrętem.
***
Stefan wbiegł do Azylu, ciągnąc za sobą zdezorientowanego Filipa.
– Amanda! – wykrzyknął na wejściu. – Zobacz, zobacz!
Rzeczona motylica wątrobowa weszła do pokoju z wyrazem średniego zainteresowania na twarzy.
– Co znowu, Stefan?
Filipowi opadła szczęka.
– Stefan? TEN Stefan?!
– Strzał w dziesiątkę, bracie!
– Yyy… to my jesteśmy braćmi?
– Nie, nie, to tylko takie powiedzenie! Chodzi o to, że obaj jesteśmy leukochloridium! Właśnie, Amando, to chciałem ci powiedzieć! Spotkałem kogoś takiego jak ja! Widzisz? Jest nawet równie przystojny!
Przywra parsknęła śmiechem.
– Jak ci na imię?
– Filip jestem – przedstawił się płaziniec.
– Amanda. Witaj w Azylu. Co zrobiłeś?
– Słucham? Ja nic nie zrobiłem! Wrobili mnie w zabójstwo kilku policjantów, a ja nawiałem z więzienia.
– No tak, bo to nic.
– Ale jestem niewinny!
Amanda spojrzała Filipowi głęboko w oczy.
– Nie jesteś niewinny. Nikt niewinny nie ląduje w tym miejscu.
Coś w jej głosie sprawiło, że płaziniec nie zamierzał z nią dyskutować.
***
Wazon przeleciał przez pokój i roztrzaskał się nad kominkiem.
Antoniusz, który owym wazonem cisnął, rzucił wyjątkowo kreatywne przekleństwo, którego siedzący przed nim nicień w życiu nie słyszał.
– Antoniuszu? Czy coś się stało?
– Nie, Nicholasie, nic się nie stało. Tylko kolejne leukochloridium, które wymknęło się z mojej gry!
– Ależ Antoniuszu – ton obu pasożytów był przesadnie słodki. – Czy nie obiecałem ci, że pomogę ci skończyć ze Stefanem raz na zawsze?
Naczelny Tasiemiec zachichotał, z początku cicho, ledwo dosłyszalnie, a następnie wybuchnął głośnym, psychopatycznym śmiechem. Uśmiechnął się szeroko do Nicienia Nicholasa.
– Ależ Nicholasie – wycedził, starając się opanować fale śmiechu, które nim wstrząsały. – Doprawdy, czy sądziłeś, że pozwolę ci zakończyć MOJĄ grę? Jesteś… ha… żałosnym pasożytem… haha…
Wyciągnął skrzętnie ukryty pistolet i wycelował go prosto w swojego rozmówcę.
– Powiedz mi… jak bardzo cenisz sobie swoje życie? Ha… ha… ha…
***
Tego wieczora Stefan siedział sobie spokojnie w swoim pokoju w Azylu, kiedy nagle usłyszał jak ktoś się zbliża.
– Kto to? Pokaż się! Mam, eee… – rozejrzał się. – Na wpół strawionego krakersa i nie zawaham się go użyć!
W ciemności rozległ się chichot.
– Stefanie… – wyszeptał głos. – Nie poznajesz mnie?
Przed nim nagle pojawiła się glista ludzka, którą jeszcze niedawno wpuścił do Żywiciela Uniwersalnego Płazińców.
– Czy mówi ci coś imię Penelopa?
Wspomnienie mignęło przed oczami leukochloridium. Jak on mógł jej nie poznać?
Coś mignęło przed oczami płazińca. Nóż?
Glista uśmiechnęła się.
– Naczelny Tasiemiec Antoniusz i Naczelny Nicień Nicholas przesyłają pozdrowienia.
To be continued? 






poniedziałek, 27 czerwca 2016

Normalność zabarwiona wojną

Witam szanownych czytelników!
Przedstawiam wam opowiadanie napisane dokładnie rok temu na obozie literackim. Nie wiem co mogę o nim powiedzieć, więc nie powiem nic. Jedyne na co zwrócę uwagę to format, który może być trochę... dziwny. Niestety, ale nie byłam wstanie za wiele z nim zrobić.
Zapraszam do czytania i komentowania.
Luna



Normalność zabarwiona wojną

Berlin, 4.06.1942
Hans stał przed lustrem i z niepewną miną poprawiał czerwoną opaskę ozdobioną swastyką. Ubrany w nowy, świeżo uszyty mundur i z gładko przylizanymi, czarnymi włosami wyglądał jak prawdziwy mężczyzna, a nie jak osiemnastoletni chłopak.
                    Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – zapytał drżącym głosem stojącego obok kolegę, który właśnie mocował się z guzikiem od mankietu.
                    Pewnie, że tak. Czy nie tego chcieliśmy, odkąd ta wojna się rozpoczęła? Czy nie o tym marzyliśmy, gdy trzy lata temu słuchaliśmy przemówienia Naszego Wodza?
                    No niby tak. Tak, masz rację.
Chłopak poczerwieniał ze wstydu, wytykając sobie własną głupotę. Jak w ogóle mógł chociaż przez chwilę zwątpić w to, co robią. Przecież skoro tak postępowali wszyscy w koło, to znaczy, że było to dobre, akceptowane, naturalne. Bo przecież ludzie nie akceptują czegoś, co jest złe.
                    Chodźmy już, bo się jeszcze spóźnimy – zawołał wesoło kolega Hansa, po czym raźnym krokiem wyszedł na korytarz. Hans podążył za nim.
Na korytarzu kłębiło się już wielu innych młodzieńców. Wszyscy ubrani byli w takie same mundury i czerwone przepaski. Rozmawiali wesoło między sobą, wymieniali uwagi i przemyślenia na temat zbliżającego się wydarzenia albo tez żartowali, uśmiechając się szeroko. Jakiś chłopak zaczepił Hansa i beztrosko zwrócił mu uwagę, że jego opaska jest lekko przekrzywiona. Inny wyjął z kieszeni paczkę z trudem zdobytych gum do żucia i poczęstował wszystkich, którzy szczęśliwie znaleźli się obok niego.
W pewnym momencie drewniane drzwi na końcu korytarza otworzyły się szeroko.
Fala chłopców zaczęła wylewać się na nieduży dziedziniec. Hans zmrużył oczy, kiedy oślepiło go czerwcowe słońce. Starając się nie patrzeć w górę, znalazł swoje miejsce w szeregu, po czym stanął na baczność i podniósł rękę, wyciągając ją przed siebie. W tej samej pozycji stało przed nim przynajmniej piętnastu innych chłopców. Wszyscy byli mniej więcej w jego wieku i choć ich twarze zastygły w wyrazie zdecydowania, to oczy poruszały się nerwowo, jakby sprawdzając, czy wszyscy w koło robią to samo.
Na dany przez pułkownika znak wszyscy jak jeden mąż ruszyli przed siebie, maszerując idealnie równo. Przekroczyli kamienną bramę i  weszli na szeroką ulicę wyłożoną kocimy łbami. Dookoła poustawiano ogromne trybuny, które wypełnione były obywatelami Rzeszy. Kątem oka Hans mógł dostrzec dzieci machające wesoło flagami, dorosłych wykrzykujących patriotyczne hasła, a także grupę starszych nie do końca zorientowanych w sytuacji.
Niespodziewanie Hans przypomniał sobie swoich rodziców. Przywołał w myślach twarz ojca z dumą opowiadającego wszystkim sąsiadom o synu, który wstąpił do wojska.
Niebieskie oczy matki wpatrujące się w niego z mieszaniną strachu i podziwu. A także wesołe pokrzykiwania młodszego rodzeństwa wypytującego go o wszystkie, nawet najdrobniejsze, szczegóły żołnierskiego życia. Byli z niego dumni, bo robił coś, co w ich mniemaniu było dobre, właściwe.
W pewnym momencie cały pochód stanął, a na ogromną scenę wyszedł on. Adolf Hitler. Najbardziej rozpoznawalny mężczyzna w całej Europie, jeśli nie na świecie; dyktator i człowiek, który w przyszłości będzie utożsamiany z samym diabłem.
Ciekawe, czy on też myślał, że walczy w słusznej sprawie.
Hans doskonale wiedział co teraz się stanie. Tysiące razy bawił się ze swoimi braćmi, udając tę chwilę. Ale żadne z nich nigdy się nie odważył udawać wielkiego wodza. Przecież od małego wmawiano im jak wielkim jest on człowiekiem, ile zrobił dla kraju. Stawiany był im za wzór. Przez cały okres szkolenia, chłopak czekał na tę jedną chwilę kiedy w końcu będzie mógł z dumą powiedzieć, że walczy w szeregach jego wojsk. Tak… z tego był naprawdę dumny.
Hitler potoczył wzrokiem po zebranym ludziach, po czym podniósł wysoko rękę. Stojący przed nim ludzie powtórzyli ten gest, wykrzykując jednym głosem:
 - Hail Hitler!
Był  z siebie dumny.

***

Warszawa, 6.08.1944
Pociski wystrzeliwane z niemieckich karabinów śmigały nad głowami warszawskich powstańców. Schowany za prowizoryczną barykadą Janek przez sekundę ważył w dłoni nieduży granat, po czym przymknął powieki i na ślepo rzucił go do tyłu. Gdy usłyszał głośny, przeszywający huk, otworzył oczy i najszybciej jak potrafił, oddalił się z miejsca wybuchu. Wbiegł w trzecią napotkaną bramę. Czekał tam już na niego jeden ze starszych powstańców, postawny mężczyzna o kwadratowej szczęce i wesoło błyszczących, szarych oczach.
  Dobrze się spisałeś, młody – powiedział, czochrając czarną czuprynę chłopaka.
  Dziękuję, panie… – mruknął Janek, nie mogąc dostrzec na cywilnej marynarce żadnych wojskowych dystynkcji. Spuścił więc głowę, wpatrując się w swoje rozklekotane buty. 
Starszy mężczyzna poklepał go po ramieniu, po czym ruchem ręki nakazał mu zejść do piwnicy, gdzie mieściło się centrum dowodzenia.
Kiedy Janek wszedł do pomieszczenia, zastał tam co najmniej piętnastu powstańców, którzy tłoczyli się wokół drewnianego stołu. Rozmawiali o czymś, przekrzykując się nawzajem. W całym tym gwarze Janek zdołał rozpoznać głos swojego starszego brata. I choć nie słyszał dokładnie, co tamten mówi, to domyślał się tego. Jego pełen zapału brat na pewno zagrzewa pozostałych do walki, opowiadając o Wolnej Polsce i życiu w niej. To samo mówił, kiedy parę tygodni wcześniej przekonywał ich ojca, by pozwolił im zostać w Warszawie. Choć Janek najchętniej też by uciekł razem z rodziną na wieś. Tak strasznie bał się tego, co miało nadejść. Bał się Niemców, ich czołgów, broni. Bał się walki, ran, krwi. Bał się śmierci.
Ale został. Został, bo zostali wszyscy jego koledzy, jego brat. Został, bo nie chciał, by inni uznali go za tchórza. Bo przecież skoro wszyscy walczyli, to dlaczego on miał być gorszy i nie walczyć. Dorastając w wojennej rzeczywistości, w której patriotyzm i walka za ojczyznę pojawiały się w każdym aspekcie życia, tępiono wszelkie objawy tchórzostwa. Czasami w równie okrutny sposób, co Rosjanie tępiący wszelkie objawy polskości za czasów zaborów.
Bo skoro wszyscy idą, to dlaczego on nie.
W końcu walczą w dobrej sprawie.                                                                                
Wszyscy.