Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Denis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Denis. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 czerwca 2017

Le vampire de Paris (pt. 2)

Panie i panowie, oraz przybysze z kosmosu, 
Przed wami... tak, druga część najnowszego opowiadanka o łowcach! Wiem, wiem, trochę zwlekałam z opublikowaniem jej, ale wiecie jak to jest, koniec roku szkolnego najłatwiejszy nie jest. Mam więc nadzieję, że mi wybaczycie. 
~Rachel
Ps. Legenda wspomniana w tekście jak najbardziej istnieje. Dla ciekawskich (i umiejących francuski), załączam link. 


Le vampire de Paris (część druga)




Choć nikt nie wykonał żadnego ruchu w stronę włącznika, wszystkie światła zapaliły się niemal jednocześnie. Oczom łowców ukazał się wysoki, chudy jegomość, nonszalancko opierający się o fotel. Jego elegancki, czarny garnitur jedynie podkreślał jego szczupłość, czyniąc go podobnym do przerośniętego wieszaka. Włosy przybysza, również czarne, wyraźnie wskazywały na to, że hobby właściciela było wtykanie widelców w miejsca przepływu prądu.
– Jaf fniemam, jeftescie łofcami dufów? – wyseplenił.
Cała czwórka spojrzała na niego bez zrozumienia. Nieznajomy westchnął ciężko.
– Fo fszes te fęby – spróbował wyjaśnić. – Ftrasznie cięfko fię mófi.
– Ej, ej, ej – shinigami jako pierwszy odzyskał przytomność umysłu (przynajmniej na tyle, na ile ją wcześniej posiadał), oskarżycielsko wcelowując palec w nieproszonego gościa. – Ty jesteś martwy. Czyżbym znowu zapomniał kogoś skosić?
Denis zamrugał kilka razy, jakby był przekonany, że to wszystko tylko mu się śni.
– Znowu? – zapytał.
– No co? To, że jestem personifikacją śmierci nie znaczy zaraz, że nie mogę popełnić drobnego błędu, nie?
– Drobnego?! Zapomnienie o zabraniu duszy na tamtą stronę to drobny błąd?!
– Nie jeftem tfupem – obronił się przybysz. – Jeftem fampifem.
Wszyscy rzucili mu nierozumiejące spojrzenia. Laura zmarszczyła brwi.
– Wampirem – stwierdziła. – On chyba powiedział „wampirem”.
– Tak, tak. Fampifem – potwierdził nieproszony gość.
Kacper prawie wykrzyknął coś, co do złudzenia brzmiało jak „ha! miałem rację!”, jednak mordercze spojrzenie Denisa sprawiło, że zmienił zdanie.
– W takim razie… – ostrożnie zaczął drugi łowca. – To ty stoisz za tymi morderstwami?
– Fósz za fomysł! Jeftem fobrze wyfowanym fampifem, fałą kref fiorę ze fpitala.
– I naprawdę jesteś wampirem? – upewnił się Kacper. – Takim z kłami i w ogóle? I zamieniasz się w nietoperza?
– No, s tym niefofeszem to… – wampir zmieszał się i wbił wzrok w podłogę.
– Kacper! – syknął Denis. – Skupmy się może na rzeczach ważniejszych. Jeśli nie on zabił tych ludzi, to…
– F tym fłaśnie mój froblem. Ftoś fiega fo moim miefcie i mofduje ludzi, a fszy tym ftara się frzucić finę na mnie. Dlafego fcę go fłapać. Fomofecie mi?
Łowca już zabierał się, żeby udzielić jakiejś odpowiedzi, ale ubiegł go Kacper.
– Jasne, z wielką… auu!
Jego nagłe zamilknięcie związane było z butem Denisa gwałtownie spotykającym się z jego stopą.
– Zanim na cokolwiek się zgodzimy – wycedził napastnik. – Musimy wiedzieć dokładnie, w co się pakujemy.
Krwiopijca pokręcił głową z najbardziej niewinną miną, jaką jest w stanie z siebie wykrzesać prawie dwumetrowa istota nocy o świecących, czerwonych oczach.
– Frawdę fowiedziafszy, nie fiem. Fordercą foże być ftokolfiek. Fłyszałem o was i fodobno festeście frofesjonalistami. Fardzo przydałaby mi się fasza pomoc.
Shinigami westchnął ostentacyjnie.
– Ktokolwiek za tym stoi, góra kazała mi go złapać, więc jesteśmy na siebie skazani. Pomożemy ci.
Brew Denisa zadrgała gwałtownie.
– Nie podejmuj decyzji za nas! – krzyknął. – My nawet nie pracujemy razem!
Kosiarz wzruszył ramionami.
 – Teraz już pracujemy.
Wampir pokiwał głową z zadowoleniem, nie zważając na protesty łowcy.
– Foś czuję, że fędzie się nam fietnie fazem fracofało. Jeftem Alexandre.
– Kacper – przedstawił się Kacper. – To mój przyjaciel Denis, jego żona Laura, a tam dalej stoi Śmierć.
– Fiło mi.
Denis ukrył twarz w dłoniach.
– Dlaczego nikogo nie obchodzi moje zdanie? – jęknął.
***
Około piętnaście minut później pokój zawalony był rozmaitym sprzętem i papierami, a na środku stolika do kawy spoczywała mapa Paryża.
– Skąd ta pewność, że będzie zabijał dalej? – zdumiał się Kacper, nurkując w jedną ze stert z zamiarem odszukania swojego telefonu, który wypadł mu z kieszeni gdzieś w tym rozgardiaszu. – W końcu ukatrupił już pięć osób. Równie dobrze mógłby na tym skończyć.
– Nie skończy na tym – shinigami westchnął. – Wiem od góry. Będzie w sumie sześć morderstw. Mam go powstrzymać zanim popełni wszystkie.
– Hmm – wampir zadumał się. – Sefć, tak?
– Czyżbyś miał jakiś pomysł? – zapytał Denis, machinalnie bawiąc się czarnym markerem i spoglądając na mapę.
– Nief fomyślę…. nie, fyba nie.
– Nie wiemy kto zabija, jak wygląda i jakim rodzajem istoty w ogóle jest. Jeśli chcemy mieć jakąkolwiek szansę na złapanie go, musimy się dowiedzieć gdzie i kiedy zaatakuje następnym razem i powstrzymać go wtedy – zauważyła Laura.
– Morderstwo powinno być dziś w nocy – stwierdził Kacper. – Każde poprzednie popełnione zostało o północy, w dwudziestoczterogodzinnych odstępach. No co? – zapytał, kiedy pytające spojrzenia wszystkich skierowały się na niego. – Czytałem przecież akta francuskiej policji.
– Nie wiedziałam, że tak dobrze znasz francuski.
– Co tu dużo mówić… jestem człowiekiem o wielu ukrytych talentach.
Denis, który nie zwracał uwagi na toczącą się tuż koło niego konwersację już od dłuższego czasu, pochylił się nad mapą, wpatrując się w nią tak intensywnie, jakby chciał w niej wypalić dziurę.
– Kacper? – zawołał, przerywając zaciekłą dyskusję przyjaciela z wampirem na temat jego złej odmiany pewnego francuskiego czasownika. – Chodź tu i bądź na chwilę przydatny. Gdzie popełniono morderstwa?
– Hmm… – łowca również się pochylił. – Pierwsze było tutaj, na skrzyżowaniu Boulevard Saint Michel i Rue de Écoles.
– Tfój afcent jeft fatafny – rzucił Alexandre.
– I kto to mówi!
– Kacper, nie rozpraszaj się.
– Dobrze, już dobrze. Drugie było gdzieś w tej okolicy, trzecie tu, czwarte tutaj, a piąte, to o którym ci mówiłem, na brzegu rzeki, o… tutaj. Mamy teraz kilka czarnych kropek na mapie. Czy to nam cokolwiek daje?
– Z kim mi przyszło pracować… popatrz.
Połączył linią pierwsze dwa punkty na mapie.
– A teraz dewastujesz mapę? – próbował zgadnąć Kacper.
– Nie. Trochę cierpliwości.
Kolejne linie połączyły miejsca dokonania morderstw. Kacper złapał się za głowę.
– Tylko mi nie mów, że z tego wychodzi pentagram.
– Nie, logo My Little Pony. Czego się spodziewałeś? Morderstwa popełniono pozornie bez jakiegoś większego porządku, ale w rzeczywistości…
Shinigami powoli zaklaskał.
– Szósty raz zabójca zaatakuje w centrum. No, no, jesteś całkiem bystry, jak na człowieka.
– Dzięki. Chyba.
– Czyli gdzie? – spytał Kacper, przyglądając się jeszcze raz mapie. – Centrum….
– Katedra Notre-Dame – stwierdziła Laura, odsuwając go na bok i sama pochylając się nad papierem. – Ciekawe dlaczego?
– Fo ta lefenda – wyjaśnił wampir. – Ferronnier Biscornet et des portes du diable.
– Bramy diabła – potwierdził Kacper, udając, że wcale nie sprawdza właśnie na telefonie. – Według legendy w XIII wieku ten gość imieniem Biscorent dostał zlecenie wyrzeźbienia bocznych drzwi katedry. Waga zadania przytłoczyła go i bał się, że zrujnuje swoją reputację, więc facet zaprzedał duszę w zamian za pomoc w wykonaniu zlecenia. Koniec historii.
– Przecież to tylko legenda! – zaprotestowała Laura.
– Fo fystarczy.
– Czy on oszalał? – zdumiał się Denis.
– Nie, to tylko psychopatyczny seryjny morderca, któremu chyba wydaje się, że może przyzywać demony – stwierdził jego przyjaciel. – Zdecydowanie ma wszystko po kolei w głowie.
– Nie o to mi chodzi. Przecież nie ma szans, żeby udało mu się kogoś zamordować w katedrze Notre-Dame.
– A fto pofiefiał, fe fędzie morfował f kafedrze? – zauważył Alexandre.
– To chyba jakieś żarty.
***
Pięć minut przed północą, na placu za katedrą Notre-Dame.
– Wszyscy gotowi? – Denis zmarszczył brwi. – Mamy tylko jedną szansę, żeby go powstrzymać.
– A jak nie to po nas – dodał shinigami. – Jakby komuś była potrzebna motywacja. Stałem kiedyś twarzą w twarz z najprawdziwszym demonem. Za powtórkę z rozrywki raczej podziękuję.
Alecandre wyciągnął niewielki pakunek z krwią, wbił w niego różową, plastikową słomkę i siorbnął przeciągle. W odpowiedzi na spojrzenia łowców wzruszył ramionami, jakby mówił „no co? nigdy nie widzieliście pożywiającego się wampira?”.
Telefon Denisa zabulgotał. Kiedy łowca wyjął go z kieszeni, na wyświetlaczu pojawiła się wiadomość od Laury, głosząca „nie zgiń mi tam, głupku”. Mimowolnie uśmiechnął się do siebie.
Bóg śmierci uniósł swoją kosę i na próbę przeciął nią powietrze, po czym roześmiał się do siebie.
– Pora kogoś skosić! – zawołał radośnie.
Na równi z jego słowami, zegar wybił północ.
A przed nimi z ciemności wyłoniła się postać w czarnej pelerynie. Wyszczerzała zęby w uśmiechu, choć kaptur skutecznie zasłaniał jej twarz.
– Czyli jednak się zjawiliście – oznajmiła głębokim głosem, stając przed łowcami. – Dokładnie tak jak się spodziewałem…
– Czym jesteś? – zapytał niepewnie Kacper.
– Waszym końcem, obawiam się. Przynajmniej jeden z was stanie się ostatnią ofiarą, a potem… otworzy się portal!
– Poftal? – mruknął jakby do siebie wampir.
Shinigami machnął ręką.
– Najpierw go zabijmy, potem pozadajemy pytania.
Łowcy mieli wcześniej okazję podziwiać kosiarza w akcji tylko raz i byli raczej skupieni na innych sprawach, więc dopiero pojęli, że ludzki lęk przed śmiercią ma jednak jakieś logiczne przyczyny.
Bóg śmierci zakręcił kosą, po czym w ułamku sekundy znalazł się za mordercą, poruszając się tak szybko, że można było mieć złudne wrażenie, że się teleportuje. Zakapturzony nieznajomy nie dał mu jednak przewagi, okręcając się na pięcie i uchylając się przed zakrzywionym ostrzem, wyciągając z poły peleryny krótki nóż.
– Widzę, że komuś spieszy się, by mi dopomóc! – oznajmił, przygotowując się do walki.
Shinigami westchnął ze znudzeniem, biorąc kolejny zamach kosą.
– Ty naprawdę nie masz pojęcia kim ja jestem, prawda?
Zabójca nie od razu zauważył zbliżające się od boku ostrze, jednakże miał nadal dość czasu by unieść rękę w obronnym geście. Rękaw zsunął mu się na wysokość łokcia, ujawniając metalowy ochraniacz idący od nadgarstka w dół.
Gdyby bóg śmierci walczył jakąkolwiek zwykłą bronią, najpewniej zostałaby ona zablokowana. Jednakże ostrze kosy śmierci przeszło gładko przez rękę, a potem całe ciało mordercy, zupełnie, jakby było ono zrobione z powietrza, nie pozostawiając nawet żadnej rany. Mimo to zakapturzona postać runęła do tyłu, a przed śmiercią stanęło jej widmo.
– Nie, zdecydowanie nie masz pojęcia – mruknął shinigami. – Bo chyba nie jesteś aż tak głupi, żeby celowo oddzielić sobie duszę od ciała?
– Jesteś kosiarzem – widmo cofnęło się o krok do tyłu, zdumione. – Ale… jak? Dlaczego?
– Ej, to nie ty będziesz teraz miał problem co zrobić z duszą kogoś, kto nie był na liście. Trochę zrozumienia, nie tylko ty masz swoje kłopoty. No, już, idziemy. Raz, raz. Niech góra już się tobą martwi.
Pomachał łowcom na odchodnym i wyparował.
– No fóż, fiękuję sa faszą fomoc – oznajmił wampir, biorąc łyka krwi. – Foże fię jefcze sofaczymy.
Potem on również zniknął, wtapiając się w cienie.
– Oby nie – mruknął Denis. – Na razie nie mam ochoty na spotkanie kolejnego świra przyzywającego demony.
– Oj weź, nie było tak źle – Kacper roześmiał się.
A potem odwrócili się, zostawiając pogrążony w mroku plac za sobą, nie widząc już lekkiego, ledwie widocznego rozbłysku  czerwieni za swoimi plecami. 

sobota, 27 maja 2017

Le vampire de Paris (pt. 1)

Witam! 
No, no, co ja tu widzę, blog wydostał się z odmętów otchłani? Aż się ogarnęłam, zagoniłam komputer do dzialania i powstało... to. Z bliżej mi nieznanych przyczyn postnowiłam napisać nową część Łowców - w końcu tak dawno nic nie było, a mam słabość do tego opowiadania. 
Przestanę już marnować czas i zapraszam do czytania. 
~Rachel


Le vampire de Paris (część pierwsza)


Ach, Paryż. Miasto zakochanych. Idealnie miejsce na podróż poślubną, oczywiście gdyby nie…
– Krakers, nie, zostaw tooo!
Tak. Gdyby nie to.
Rozległ się huk, trzask i dziwaczne mlaśnięcie, a po chwili przez ścianę przefrunął jak gdyby nigdy nic poltergeist, uśmiechając się złośliwie.
– Laura, kochanie… – dobiegł z łazienki zduszony głos Denisa. – Zadzwoniłabyś do Kacpra i powiedziała mu, żeby natychmiast wracał tu po swoje zwierzątko?
Kobieta westchnęła ciężko i już miała sięgnąć po telefon, kiedy nagle drzwi otworzyły się z impetem, i w progu stanął poszukiwany we własnej osobie.
– Me revoilà! – zawołał radośnie, wpadając jak burza do pokoju hotelowego.
– Świetnie – burknął Denis, opuściwszy łazienkę z miną, jakby stoczył ciężką batalię. – To teraz weź Krakersa i wyrevoilujcie się stąd oboje. Chcę mieć trochę spokoju i ciszy.
Kacper zrobił minę, która chyba miała świadczyć o tym, że został zraniony do żywego.
– Ale… nawet nie chcesz usłyszeć czego się dowiedziałem?
– Nie.
– To coś naprawdę świetnego!
– Nadal nie.
– Ekscytującego! Mogącego odmienić całą naszą karierę!
– Hmm… nie.
– Ale…
– Niech pomyślę… nie. A teraz wypad z pokoju.
– Denis, znaleziono kolejnego trupa!
– Trupa?
– Ano. Płci męskiej, na oko czterdzieści lat, sandałki do skarpetek. Zakopany płytko, średnio profesjonalnie, morderca albo był amatorem albo mu nie zależało. Żadnych obrażeń zewnętrznych, a jeśli umarł z przyczyn naturalnych to rodzina chyba nie wyprawiłaby mu pogrzebu w przyrzecznym mule. Oczywiście zawsze mógł zostać otruty, ale to nie tłumaczy ani przerażenia na jego twarzy, ani starania mordercy żeby go zakopać.
– Kacper, jestem z ciebie dumny. Po raz pierwszy mówisz coś tak, jakbyś rzeczywiście się nad tym zastanawiał. A teraz pytanie kolejne. Czy przy zabitym znaleziono ślady ektoplazmy, coś wskazywało na to, że ukatrupił go byt nadprzyrodzony?
– …
– Czy ta sprawa ma coś, cokolwiek wspólnego z zawodem, który wykonujemy?
– …
– Tak sądziłem. Znowu oglądałeś „Sherlocka”?
– … tak.
– W takim razie wypad z pokoju.
***
Kacper powlókł się korytarzem, mamrocząc pod nosem.
– „Wypad z pokoju” mi powie – mruknął. – I co z tego, że nie było śladów ektoplazmy? To jeszcze nie znaczy zaraz, że nie maczał w tym palców byt nadprzyrodzony.
– Wiele bytów nadprzyrodzonych nie ma palców, szefie – poinformował usłużnie Krakers.
– Nie pomagasz.
Wyszedł z hotelu i spojrzał na lewitującego za nim ducha.
– Czy myślisz o tym, o czym ja myślę? – zapytał.
– A będziemy coś rozwalać?
– Możliwe.
– A więc tak.
***
Niecałe pół godziny później, Denis i Laura szli dokładnie tym samym korytarzem, rozważając dokąd udać się na zwiedzanie. A   przynajmniej próbowali rozważać, bowiem dość gwałtownie przerwała im pewna podejrzenie znajoma, długowłosa postać, odziana gustownie w gigantyczny ręcznik, która wpadła na nich na zakręcie.
– Hej, jeśli to nie moja ulubiona parka! – zawołała owa postać.
– Hej, jeśli to nie shinigami, który przy naszym ostatnim spotkaniu prawie zrujnował mi ślub i dostał wyraźny zakaz wracania do świata ludzi w celach innych niż zbieranie dusz! – odpowiedział w podobnym stylu Denis, z tak bardzo udawanym entuzjazmem, że było to fizycznie bolesne.
– Phi! Co tam jakiś zakaz! Poza tym jestem na misji – wyjaśnił bóg śmierci.
– Nie, jesteś w hotelu. Ostatnio jak sprawdzałem, to potrafiłeś się teleportować.
– Ale wtedy ominęłaby mnie ta świetna sauna. Zresztą, to długa misja. Pewnie słyszałeś. Trupy pojawią się nagle, w różnych częściach miasta, bez wyraźnych oznak gwałtownej śmierci poza wyrazem przerażenia na twarzy. Ktoś musi się tym zająć i znaleźć sprawcę.
Denis skojarzył fakty niemal natychmiast.
– I tak oto moja podróż poślubna poszła w cholerę – westchnął. – Muszę znaleźć Kacpra.
– Idę z wami – oznajmił shinigami tonem wyraźnie sugerującym, że sprzeciw nie jest mile widziany.
– Nie tak szybko – Laura pokręciła głową, odzyskując mowę i lustrując odzienie kosiarza spojrzeniem. – Ubrania. Już.
***
Nie minęło pięć minut kiedy wypadli na ulice Paryża. Ten pośpiech choć trochę tłumaczył ubiór boga śmierci – czarny płaszcz, glany, skarpety różnej długości i w dwóch różnych kolorach i krótkie spodenki. Kosę miał przerzuconą przez plecy, ale jakimś cudem nikt nie zwracał na nią uwagi. Denis odniósł wrażenie, że mógł to być jakiś rodzaj magii. Czyżby zwykli ludzi widzieli w tym miejscu kij golfowy albo fragment rury?
– Dobra, myśl – powiedział do siebie Denis. – Dokąd byś poszedł gdybyś był Kacprem bawiącym się w detektywa?
Skupił się i po chwili go olśniło.
– … o nie.
– Jak bardzo źle jest? – zapytała Laura.
– W skali od jeden do dziesięć? Sto. Ma ktoś pojęcie gdzie trzymają akta dotyczące tych morderstw?
– Chyba nie myślisz, że…
– Tak. Myślę.
– Przecież Kacper nie zrobiłby czegoś aż tak nierozsądnego!
– Powtórz to stwierdzenie jeszcze raz i dokładnie przeanalizuj.
– Okej, wygrałeś.  
***
Znalezienie odpowiedniego miejsca nie zajęło im dużo czasu. Prawdziwym problemem było dowiedzenie się, czy Kacper jest w środku, ponieważ wyjątkowo brakowało śladów destrukcji, którymi można by podążać.
– Nie wiem jak wam – mruknęła Laura. – Ale mi się coś zdaje, że grzeczne zapukanie i spytanie, czy nie widzieli czasem podejrzanego chłopaka z duchem na ramieniu odpada.
– Moim zdaniem w ogóle przebywanie w tej okolicy z tym tu odpada – Denis pokazał na kosiarza. – Zaraz nas stąd wyrzucą, jeśli nie aresztują.
– Ranisz – oznajmił shinigami, poprawiając kołnierzyk płaszcza.
– Mógłbyś chociaż raz nie brać ze sobą tej kosy.
– W życiu! Jest mi potrzebna, a poza tym nie mogę jej tak po prostu zostawić i ryzykować, że dotknie jej jakiś śmiertelnik!
– Czemu nie? Co by się wtedy stało?
– Ujmijmy to tak, że wolisz nie wiedzieć.
Ich rozmowę przerwał dopiero sam Kacper, który niespodziewanie wyskoczył przez okno tuż obok nich, odziany w czarne wdzianko, które podejrzanie wyglądało, jakby zwinął je ze sklepu z kostiumami na karnawał dla dzieci, i pomknął przed siebie, z Krakersem lewitującym mu nad głową.
Przez rzeczone okno szybko wychynęła głowa policjanta. Przynajmniej Denis zgadywał, że jest to policjant, miał bowiem mundur i cienki, francuski wąsik, oraz wrzeszczał coś po francusku. Łowca nie był w stanie go zrozumieć, ale z samego tonu głosu mógł wywnioskować, że znaczyło to coś w stylu „wracaj tu, do cholery!”.
Niezbyt długo się namyślając, cała trójka pognała za Kacprem, nie chcąc ryzykować bycia wmieszanym w to wszystko. Po paru zakrętach udało im się z nim zrównać.
– O, cześć wszystkim! – zawołał wesoło. – Co wy tu robicie?
– Pilnujemy cię, żebyś nie zrobił nic głupiego – prychnął Denis. – Ale na to chyba już za późno.
– Widzieliście to? Hehe… he… ups.
– Przez „to” rozumiesz włamanie, czytanie ściśle tajnych dokumentów i ucieczkę przed policją? W takim razie tak, widzieliśmy.
– Eee… to brzmi gorzej niż jest naprawdę?
– To nie było stwierdzenie, na które miałeś odpowiedzieć pytaniem.
– Ale za to nie uwierzysz, czego się dowiedziałem! Złapmy transport do hotelu to wam zaraz wszystko opowiem.
***
– Wampir? Kacper, czy ciebie już do reszty pogięło?  
– Mówię poważnie! – obruszył się Łowca, powoli wczołgując się po schodach na wyższe piętro hotelu. – Na szyi zabitego znaleziono dwa ukłucia. Sprawdziłem, i to samo przytrafiło się każdej z ofiar! To na pewno sprawka wampira!
– Bzdura. Na pewno jest jakieś sensowniejsze wytłumaczenie tego wszystkiego. Poza tym wampiry nie istnieją.
– Akurat! Gdyby to była zwykła sprawa, nie mieszałby się do tego shinigami!
– To jeszcze niczego nie dowodzi. Równie dobrze może to być jakiś zwykły, trzeciorzędny upiór.
– Upiór, który pije krew? I ty mi mówisz, że mój pomysł to bzdura.
– Bo wampiry nie istnieją! Ile razy mam ci to powtarzać?
Laura westchnęła, kręcąc głową, po czym przekręciła klucz w zamku i otworzyła drzwi do pokoju.
Przywitała ich ciemność. A w ciemności, lśniąca para czerwonych oczu.

– Bonjour – powiedziały oczy. 



czwartek, 19 maja 2016

(Nie) romantyczny wyjazd

Czołem, śmiertelnicy!
Wiem, robię się natrętna. Już drugie opowiadanie w tak krótkim czasie... no, ale jak tu nie dać kolejnej części łowców duchów ujrzeć światła dziennego? 
Okazuje się, że mam dziwną wenę kiedy jestem chora. W sumie i tak nie mam nic lepszego do roboty niż pisanie, więc przynajmniej się nie marnuję :D
Ach, no i żebym nie zapomniała. Opowiadanie jest wyzwaniem na Kreatywne Spojrzenie. Hasła na ten miesiąc to: kwiat wiśni, sok jabłkowy i przyszłość. Bliższa lub dalsza. Co do tego ostatniego hasła, ważne jest, że akcja opowiadania dzieje się po wszystkich trzech poprzednich częściach, a teraźniejszością dla Zimowych Sportów była mniej więcej data publikacji. Trochę to zawiłe. 
A teraz, nie przedłużając, czwarta częśc historii łowców. 
~Rachel



(Nie) romantyczny wyjazd

Laura uśmiechnęła się promiennie.
– Nadal nie wierzę, że naprawdę jesteśmy w Tokio – powiedziała. – I to akurat na Hanami*.
Denis odwzajemnił uśmiech i już miał przekroczyć próg hotelu, w którym się zatrzymali, kiedy nagle przez drzwi wyleciał mikser, mijając jego głowę o cal.
Za mikserem pognał biały kształt, w którym łowca poznał jego i Kacpra udomowionego poltergeista. Duszek zachichotał złośliwie i zatoczył kółko wokół głowy Laury.
– Krakers, nie! – zawołał zjawę po imieniu ktoś, kto wybiegł za nią.
Laura spojrzała z niedowierzaniem na tego kogoś.
– Mówiłeś, że go tu nie będzie – zdziwiła się. – Mieliśmy wyjechać do Japonii we dwoje.
Denis pokiwał głową, po czym zerknął na przedmiot ich rozmowy – a właściwie dwa przedmioty, ducha i człowieka.
– Bo miału go tu nie być. Ani jednego, ani drugiego – rzucił istocie ludzkiej zabójcze spojrzenie, po czym zacisnął zęby i zmusił się do przywitania się. – Cześć, Kacper.
Drugi łowca zaprzestał wykonywania czynności, jaką była gonienie Krakersa i próby uspokojenia go jego ulubionym przysmakiem.
– Hej, Denis – pomachał, nie widząc morderczego wzroku przyjaciela. – Hej, Laura. Jak tam u was?
– Było dobrze – wycedził Denis przez zęby. – Ale wtedy pojawiłeś się ty i twoje zwierzątko.
***
Kacper, który ewidentnie nie dostrzegał, że Denis i Laura nie są zbytnio zadowoleni z jego obecności w ich hotelu, gadał jak najęty.
– Wiecie, co ja z Krakersem miałem w samolocie? Chciał otworzyć to śmieszne, małe okienko. Prawie mu się udało, ale w tym samym momencie przeszła stewardesa, a ja musiałem go schować, bo zupełnie nie wiem czemu, ale na pokład samolotu nie wolno wnosić bytów paranormalnych.
W końcu jego przyjaciel nie wytrzymał.
– Co ty w ogóle robiłeś w tym samolocie? Nie pamiętasz, jak ci obiecałem, że jeśli odważysz się zepsuć mi i Laurze ten wyjazd, to przerobię cię na krakersy i nakarmię nimi tego twojego ducha?
– Krakersy? – powtórzył poltergeist, oblizując się.
– Mówiłeś tak? – zdziwił się drugi łowca. – Dziwne. Byłem przekonany, że lecimy we czwórkę. Co prawda pomyliłem samoloty, a potem mieliśmy awaryjne lądowanie w Bangladeszu…
– … pewnie wcale nie przez ciebie i Krakersa – wtrącił się Denis.
– Ale koniec końców tu trafiłem! Nie wiem tylko, jak mi się udało być przed wami…
– … i zepsuć nam cały wyjazd. Też się zastanawiam. Wiesz co? Nie będę cię zmuszać, żebyś wracał do domu, ale pod jednym warunkiem. Masz nam nie przeszkadzać. Zajmuj się czym tam sobie chcesz – zapoluj na japońskie duchy, weź udział w walkach sumo, cokolwiek – ale nie mieszaj w to Laury i mnie. I trzymaj swojego destrukcyjnego pupila z dala od czegokolwiek, co może być niebezpieczne dla otoczenia.
– No wiesz – Kacper chciał przytulić ducha, ale jego ręce przeniknęły tylko przez ciało widma. – Ranisz jego uczucia. Mieszka z nami już… – przez chwilę liczył coś na palcach. – Rok i dwa miesiące, mógłbyś się przyzwyczaić do jego obecności.
– Przyzwyczaję się do niego wtedy, kiedy on przestanie we mnie rzucać przyrządami kuchennymi.
Krakers wystawił język i poleciał dalej korytarzem. A Kacper pogonił za nim.
***
Kiedy Laura weszła do pokoju, Denis zapalał już ostatnią świeczkę.
– Postarałeś się – powiedziała z uśmiechem, patrząc na wystawną kolację.
– Dla ciebie wszystko – odpowiedział łowca.
Dziewczyna usiadła na krześle, biorąc łyka z kieliszka. Następnie zaśmiała się.
– Sok jabłkowy? – zdziwiła się.
– Miałem butelkę wina – burknął chłopak. – Ale niestety, duch Kacpra się do niej dorwał i postanowił, że zrobi z niej kij do piniaty. Jak możesz się domyślić, piniatą była moja głowa.
– Podziwiam cię, że z nimi wytrzymujesz.
– Z samym Kacprem da się przeżyć, trzeba tylko przyzwyczaić się do eksplozji w piwnicy. Duet on i Krakers to już mieszanka wybuchowa. Ale, w każdym razie, nie rozmawiajmy teraz o nich. Mam dla ciebie niespodziankę.
– Co to takiego?
– Gdybym ci powiedział, to już by nie była niespodzianka, mam rację?
Łowca pochylił się i wyciągnął z torby pudełko z pierścionkiem. Już miał je otworzyć i uklęknąć, kiedy nagle coś jak strzała śmignęło przez pokój, wytrącając mu je z ręki. Tym czymś okazał się być, oczywiście, Krakers. Potem do środka wpadł Kacper, zataczając się. Chciał coś powiedzieć, ale w tej samej chwili oberwał czymś w tył głowy i upadł twarzą na stół, rozlewając sok.
Za nim stał samuraj, w charakterystycznym samurajskim hełmie i z kataną w ręku. To właśnie jej rękojeścią pozbawił Kacpra przytomności.
Denis zaklął szpetnie.
***
Samuraj przemaszerował przez pokój, mierząc swoim mieczem w drugiego łowcę. Obok jego nogi maszerował czarny kot, z dumnie uniesionym podwójnym ogonem.
Japoński wojownik wyciągnął przed siebie rękę i Laura uniosła się w powietrze. Następnie cała trójka zniknęła, zostawiając Denisa samego z nieprzytomnym przyjacielem, lewitującym poltergeistem i rozbitym pierścionkiem.
– Laura! – wrzasnął zrozpaczony łowca.
Następnie doskoczył do Kacpra i podjął się heroicznej próby docucenia go. Widząc, że nic nie skutkuje, porwał ze stołu jedyny ocalały kieliszek z  sokiem jabłkowym i wylał go drugiemu łowcy na twarz.
– Jeszcze pięć minut, mamo – wymamrotał Kacper. - Zaraz, zaraz... czy ja czuję jabłka? Czemu moja twarz się klei? Denis?
Mina Denisa wykazywała, że ma on zamiar zamordować przyjaciela. Po raz drugi tego dnia.
– Możesz mi powiedzieć – wycedził. – Dlaczego jakiś samuraj właśnie porwał Laurę?
– Uups.
***
Godzinę wcześniej.
Kacper szedł ulicami tokijskiej dzielnicy Shinjuku, ciągnąc za sobą Krakersa i złorzecząc pod nosem, aż nagle dobiegł go całkiem przyjemny zapach.
Łowca i duch spojrzeli na siebie.
– Jedzenie – powiedzieli jednocześnie.
Ich zmysły powonienia doprowadziły ich aż do Parku Shinjuku, gdzie dostrzegli wystawione jedzenie. Obok pożywienia leżała katana.
Kacper obejrzał uważnie cały krajobraz – duży, ostry przyrząd, jedzonko i brak właściciela. Natychmiast doskoczył do misek i talerzy.
Rozczarowanie miesiąca. Brak sztućców. Łowca niepewnie podniósł pałeczki i obejrzał je pod światło.
– Jak myślisz, Krakers – zwrócił się do ducha. – Jakim cudem oni tym jedzą?
Potem jego spojrzenie padło na miecz.
– Hej, może to się nada!
Nabił na ostrze kawałek ryby i cofnął się o krok, żeby unieść ją do ust.
I wtedy wpadł prosto na kogoś.
Powoli podniósł głowę, akurat w sam raz, żeby zobaczyć samuraja w zbroi. Jedną rękę trzymał na rękojeści krótszego miecza.  
– Uhhuhu… arigato? – spróbował łowca.
Samuraj zmierzył go groźnym spojrzeniem po czym dobył miecza. Towarzyszył temu okropny zgrzyt metalu.
Kacper nie czekał na odpowiedź. Odwrócił się, wyrzucił katanę z ręki i puścił się przed siebie pędem, z Krakersem starającym się nadążyć.
***
– No słucham – warknął Denis. – Czy możesz jakoś wyjaśnić zaistniałą sytuację?
– Eheh... – Kacper nerwowo podrapał się po głowie. – Tak w skrócie? Przypałętał się nam japońskie duch. Nasz samuraj jest Goryō. To, ogólnie rzecz biorąc, mściwe duchy arystokratów. Nie wiem dlaczego chciał się zemścić akurat na nas, ale…
– Nie masz zielonego pojęcia, tak? To wcale nie przez coś, co ty i Krakers odstawiliście?
– Nie! No, może trochę na niego wpadłem, ale to nie jest zaraz powód żeby tak się wściekać, nie sądzisz?
– Uważaj, bo ci jeszcze uwierzę. Bardziej mnie obchodzi dlaczego porwał Laurę, a nie ciebie?
– Może byłem za ciężki?
Denis złapał się za głowę.
– To nawet nie było śmieszne. Musimy ją uratować!
– Uratować? Jasne, z wielką chęcią, ale nie zapominaj o duchu samuraja, który obrał sobie za punkt honoru zemścić się na mnie nie wiadomo za co!
– Technicznie rzecz biorąc, to macie na karkach dwa duchy – dorzucił nowy głos.
Obaj łowcy odwrócili się jednocześnie, w sam raz żeby spojrzeć w czyjeś jasnozielone oczy.
– Bu! – oznajmił ich właściciel, odsuwając się do tyłu i opierając się na… czy to była kosa?!
Kacper i Denis odskoczyli na metr do tyłu, po czym dość obciachowo wylądowali na tyłkach. Nieznajomy tylko zachichotał, wywinął młynka kosą i zarzucił włosami.
– Mówisz po polsku? – zdziwił się Kacper.
– Poważnie? TO cię najbardziej zdziwiło? – odwarknął jego przyjaciel. – Kim jesteś i dlaczego dwa duchy, o to by wypadało się zapytać!
– Aj, profesjonalni łowcy duchów, a nie potraficie rozpoznać shinigami? – obruszył się intruz. – Nawet kosa was nie oświeciła?
– Bóg śmierci?! – krzyknął zaskoczony Denis. – Ale…
– Tak, tak, śmiertelnicy mogą nas zobaczyć tylko w ostatniej sekundzie życia. Wszystko pięknie, tyle że w tej chwili mam gorsze problemy niż jakaś bezsensowna, drugorzędna reguła. Bo, niech no pomyślę… dwa duchy przekradły się do świata ludzi bez zezwolenia i robią zamieszanie! A zgadnijcie, kto za to dostanie od szefostwa! Ja!
– Czyli, mówisz, że… mamy ci pomóc je złapać?
– No jesteście łowcami, czy nie?
Kacper wybąkał coś o tym, że nie wolno zaczynać zdania od „no”, a Denis tylko przytaknął. Nagłe pojawienie się boga śmierci w ich hotelu odebrało im trochę mowę, zwłaszcza, że chciał on ich pomocy.
– Wracając do misji… ehh, gdzie ja to miałem…? – shinigami grzebał chwilę w torbie, którą miał przewieszoną przez ramię, aż wreszcie wyciągnął z niej czarny tablet. W odpowiedzi na zdziwione spojrzenia rozmówców, wzruszył ramionami. – Kiedyś używaliśmy notatników, ale było z nimi mnóstwo zamieszania – gubiły się, niszczyły, brakło w nich kartek… dlatego postawiliśmy na elektronikę. Niech no zobaczę… hmm, archiwalne dane, gdzie to było? A, mam! Mściwy duch samuraja i jego kot, nielegalne przebywanie w ludzkim świecie.
Denis odzyskał zdolność mówienia.
– To jakieś żarty? KOT powrócił z martwych?
– Ej, ej, ej, nie lekceważ go! To nie zwykły kot… a Nekomata.
– Przecież to bzdura! Bajka dla dzieci! Każdy szanujący się łowca wie, że nie ma czegoś takiego, jak zmiennokształtny kot-duch z rozdwojonym ogonem!
– Ach, czyli wcale nie widziałeś kota z podwójnym ogonem?
Kiedy się dobrze nad tym zastanowił, rzeczywiście, coś takiego miało miejsce.
– No dobra, może i miał dwa ogony, ale to nie znaczy, że zmienia postać!
– Zmienia, zmienia, ale… Ach! Nie mam czasu na tłumaczenie ci tego! Misja wzywa, moi drodzy!
Następnie bóg śmierci zrobił perfekcyjne salto i wyskoczył przez balkon, który – o czym dopiero wtedy się zorientowali – był cały ten czas otwarty. To wyjaśniało, którędy uzbrojony w kosę intruz wszedł.
Kacper podniósł się z podłogi i spojrzał na dół. W tym samym momencie czyjaś ręka chwyciła go i ściągnęła za sobą.
– Kacper?! Teraz ty?! – zawołał drugi łowca, doskakując w to samo miejsce, z Krakersem podążającym za nim.
Wtedy spotkało ich obu dokładnie to samo. Okazało się, że to shinigami pościągał ich w dół w ekspresowym tempie.
– Czyś ty poszalał?! – krzyknęli łowcy jeden przez drugiego.
Bóg śmierci tylko się wyszczerzył, co w sumie wystarczyło za odpowiedź.
Zapowiadała się wspaniała przygoda.
…
To był sarkazm, jakby co. Narrator też może sobie pozwolić na odrobinę sarkazmu, nie myślcie sobie.
***
To, jak znaleźli opuszczony magazyn, w którym przetrzymywano Laurę, to długa historia, ściśle związana z umiejętnościami shinigami, pozwalającymi wyczuć energię ducha, oraz paroma urządzeniami Kacpra. Ważne jednak w niej jest to, że po pewnym czasie, kiedy dawno zapadł zmrok, stanęli oni, otoczeni ciemnością gęstą jak śmietana, którą mama Denisa zwykła używać w dniach jego dzieciństwa, przed sporych rozmiarów metalowymi drzwiami. Zacisnęli kurczowo dłonie na odkurzaczopodobnych przyrządach, które za zadanie miały schwytać duchy, a bóg śmierci wywinął kilka razy swoją kosą, przecinając ze świstem powietrze. Następnie sprawdził koniuszkiem palca jej ostrość i, choć nie powinno to nikogo dziwić, oczywiście się skaleczył.
A potem Denis, nie mogąc już wytrzymać tego napięcia, wyważył drzwi kopniakiem.
I prawie trafił w nos czarnowłosą dziewczynę w kimono, trzymającą tacę z dzbankiem do parzenia herbaty. Dziewczynę, która niczym specjalnym by się nie wyróżniała, gdyby nie jej kocie uszy i ogon.
– Konnichi-wa – Nekomata skłoniła się lekko.
– Co to ma być?! – shinigami zamachał dziko rękami jakby opędzał się od natrętnych muszek. – To jest atak!
Następnie zaczął mówić po japońsku, cały czas gwałtownie gestykulując.
Dziewczyna-kot zdawałoby się, że nic sobie z tego nie robiła. Skinęła jedynie głową i odeszła w głąb magazynu, cały czas idąc wyprostowana i trzymając herbatę w górze.
W tej samej chwili z boga śmierci niemal dosłownie odeszły wszystkie kolory. Stał w drzwiach, z rozdziawionymi ustami, zszokowany, że został tak brutalnie zignorowany.
– Twoja duma pocierpi później – burknął Denis. – Musimy znaleźć Laurę.
Nie czekając na odpowiedź, ruszył do środka. Kacper, Krakers i shinigami podążyli za nim.
Jak błyskawica wparowali przez następne drzwi…
Nic.
Pusto.
– Cholera! – zaklął łowca. – Gdzie ona jest? Czy to miejsce ma jakieś drugie piętro?!
– Phi! Oczywiście, że ma! – bóg śmierci po raz kolejny zarzucił włosami. To chyba był jakiś jego irytujący nawyk. – Naprawdę, wiedziałem, że jesteście ignorantami, ale nie, że aż takimi!
– Według ciebie jesteśmy ignorantami, bo nie znamy planu każdego budynku w Tokio?! – oburzył się Kacper.
– Jemu chodzi o to, że twoje urządzonko, które miało nam wskazać duchy, nie wyłapuje ich energii na górze, bo jak zwykle się zepsuło – westchnął Denis.
– Mam wrażenie, że o coś mnie tu oskarżasz, ale nie wiem o co.
– Nie zaprzątaj tym sobie głowy. Lepiej pomóż mi znaleźć jakieś schody.
– Schody? – shinigami zachichotał. – Naprawdę, wy, śmiertelnicy, jesteście czasami tacy nie pomysłowi…
Mówiąc to, złapał Kacpra w pasie i wyskoczył na dziesięć metrów do góry, łapiąc się jedną ręką dziury w suficie i wpychając przez nią łowcę. Następnie procedurę powtórzył w przypadku Denisa, a na koniec sam wspiął się na piętro. Krakersa nie trzeba było wnosić, bo sam doskonale potrafił lewitować.
– No tak – wymamrotał Kacper. – Nadludzka siła, dziesięciometrowe skoki, zabieranie dusz po śmierci… coś jeszcze?
Prawdę powiedziawszy, niewiele było wiadomo o bogach śmierci. Nasi łowcy byli przypuszczalnie jedynymi ludźmi, którzy zobaczyli jednego za życia.
– Hmm… – Kosiarz przez chwilę udawał zamyślonego. – Mogę jeszcze być niewidzialny – zaczął wyliczać. – Albo wrócić do życia kogoś, kto umarł za wcześnie. Nazywacie to chyba „śmiercią kliniczną”.
– Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się, że naprawdę mi odpowiesz…
Denis złapał się za głowę, ubolewając nad tym, z kim przyszło mu pracować, a potem utkwił swój wzrok w scence, która odgrywała się przed nim.
Nekomata i samuraj siedzieli sobie spokojnie, popijając herbatkę, a za nimi, do jednego z filarów podpierających dach magazynu, przywiązana była Laura. Na widok łowcy, jej czy rozszerzyły się i wydała z siebie nieartykułowalny dźwięk. Była zakneblowana, więc nie mogła za wiele powiedzieć, ale samo pomrukiwanie zwróciło uwagę duchów. Łowca mimowolnie zrobił krok do tyłu, kiedy ich wzrok spoczął na nim.
Samuraj warknął coś po japońsku. Żaden z łowców tego nie zrozumiał, ale shinigami i narrator tak.
Rozmowa, która się potem wywiązała, wyglądała mniej więcej tak:
– Czego tu szukacie, śmiertelnicy? – spytał groźnie samuraj.
– Wypraszam sobie! – zawołał Kosiarz. – Do śmiertelności mi daleko! Ach, no i przybyliśmy odesłać was tam, gdzie wasze miejsce! I przy okazji uratować damę w opałach.
– Obawiam się, że to niemożliwe – zrujnowała jego nadzieje Nekomata.
– Phi! Jestem bogiem śmierci! Oczywiście, że to możliwe!
– Przykro mi. Nie możemy jej wypuścić. Hiroshige czekał trzysta lat na swoją zemstę.
– Ale na nich? Przecież oni są zbyt głupi, żeby się na nich mścić!
Pokazał na łowców, którzy, jak na zawołanie, wpatrywali się w nich z głupimi minami, nie rozumiejąc słowa z konwersacji.
– To bez różnicy! Ktoś musi zapłacić! Ci durnie po prostu znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie, ale przecież sami się o to prosili! Nikt nie kazał mu podnosić tego miecza i próbować nim jeść!
– Dlaczego, tak w ogóle, samuraj rozstał się ze swoją kataną? Myślałem, że powinna być dla niego niezwykle ważna? – spojrzał z satysfakcją na zakłopotaną minę dziewczyny-kota. – Masz rację, daruję ci to pytanie. Mam lepsze. Dlaczego ona? Nie lepiej byłoby wam zabić tego, który wam podpadł?
– To dlatego, że… że on chce, żeby…
– Czyżby domowe zwierzątko robiło sobie z jakiegoś powodu wyrzuty?
– Zamknij się!
– A oto ja myślałem, że Japończycy to miły i kulturalny naród.
Samuraj, który, jak się można było domyśleć, nazywał się Hiroshige, wstał i podszedł do Laury, podczas gdy jego towarzyszka syczała w bardzo kocim stylu, z trudem powstrzymując się od zamordowania boga śmierci.
– Hej! – zaprotestował Denis, skacząc do przodu. – Stój! Co ten shinigami mu nagadał?!
– Przepraszam – powiedziała Nekomata, czego, oczywiście, łowcy nie zrozumieli. – Ale nie mogę wam na to pozwolić.
Wyciągnęła z butów dwa sztylety sai, po czym skoczyła, zrobiła piruet i rzuciła się na łowców.
Krakers potraktował to natychmiast jako wyzwanie, wyrywając swoimi niszczycielskimi mocami kawałki ścian i okien i miotając nimi w dziewczynę-kota, która robiła zgrabne uniki, przy okazji podkładając Denisowi nogę. Samuraj przekazał jedną, ostatnią wiadomość, a rozpłaszczony na podłodze łowca nie mógł z tym nic zrobić. Nawet gdyby zrozumiał.
– Planowałem zrobić to inaczej – powiedział Hiroshige. W jego głosie słychać było coś na kształt smutku. – Niestety, skoro sytuacja tego wymaga… będę musiał zadowolić się tym.
Oderwał Laurę od filaru i chwycił ją za gardło. Denis próbował do niej podbiec, ale natychmiast został przygwożdżony do podłogi przez but Nekomaty. Co prawda ten moment jej nieuwagi wystarczył poltergeistowi do przyłożenia jej w głowę kawałkiem ramy okna, ale łowca nie zdążył się podnieść, zanim mściwy duch chwycił Laurę za szyję i wyrzucił ją przez okno.
– Nieee! – zawył Denis, biegnąc w tamtą stronę. Zdążył jednak jedynie usłyszeć plusk.
– O, wpadła do rzeki – zauważył shinigami, wyrastając jak spod ziemi tuż obok łowcy.
– I to tyle?! Zamierzasz tu stać i się przyglądać?!
– Ach, rzeczywiście – machnął kosą, przebijając nią samuraja, który natychmiast zniknął. Nieco dalej Kacper ze swoim odkurzaczem zajął się zmiennokształtnym kotem. – Już, zadowolony?
– A co z Laurą?! Nie możesz jej tak zostawić! MUSZĘ JĄ URATOWAĆ!
– Skacz – Kosiarz wzruszył ramionami. – Wątpię, czy ci coś to da, ale skoro tak bardzo chcesz… a ja się zajmę pozbieraniem duszy.
Wyciągnął swojego tableta. Przez chwilę jeździł palcem po ekranie, po czym nagle zbladł.
– Co, co, co, co? – wykrzyknął. – Chottomatte**! Co to ma znaczyć? Znowu się coś popsuło?!
Dziabnął palcem urządzenie, ale widać nic się nie stało.
– Kuso – syknął i wyskoczył przez okno.
– Hej, czekaj! – zaprotestował Kacper. ­– Jak my mamy stąd teraz zejść?!
Oczywiście Denisa też już przy nim nie było. Przebiegł na drugi koniec pomieszczenia i siłował się z drzwiami, usiłując znaleźć schody.
***
Po mozolnych poszukiwaniach udało im się znaleźć wyjście z magazynu. Dobiegli do niewielkiej rzeczki i zobaczyli Laurę, leżącą na brzegu. We włosach miała pełno liści i gałązek, a na dodatek ociekała błotnistą wodą – ale żyła. Denis natychmiast doskoczył do niej.
– Laura! Nic ci nie jest?
– Właśnie wypadłam z budynku… – dziewczyna zakaszlała. – Jak ci się… wydaje… głupku?
Łowca nie przejął się tym, że został obrażony. Cieszył się, że była cała i zdrowa.
– Jakiś dziwak z kosą w ręku powiedział mi… że to jeszcze nie mój czas. I dodał chyba… do zobaczenia?
– Aha! – wykrzyknął radośnie Kacper. – To moc shinigami. Wrócił cię do życia, bo widocznie twój czas jeszcze nie nadszedł.
Jego przyjaciel musiał użyć całej siły woli, żeby mu nie przyłożyć.
Chwilę potem przypomniał sobie o czymś strasznym. Była tak zaaferowany poszukiwaniami Laury, że zapomniał o swoim zniszczonym przez Krakersa pierścionku.
– Strasznie cię przepraszam… – zaczął.
W tej samej chwili coś wylądowało mu na ramieniu. Spojrzał na to i zobaczył bladoróżowy kwiatek. Obrócił się. Za nimi rosła wiśnia.
– Przecież jest Hanami – wyszeptał jakby do siebie.
Zerwał jeden kwiat wiśni i chwilę spędził wiążąc łodyżkę. Potem spojrzał na Laurę, która powoli podniosła się z ziemi. Natychmiast do niej doskoczył i ukląkł.
– Lauro… wiem, że to wyjątkowo zły moment, ale… wyjdziesz za mnie?
Wyciągnął przed siebie kwiatek, który uformował w kształt pierścionka. Dziewczyna uśmiechnęła się słabo.
– Jesteś idiotą – powiedziała, ale przyjęła kwiat i wsunęła go na palec. – Ale… tak.

* Hanami – tradycyjny japoński zwyczaj podziwiania kwiatów, zwłaszcza wiśni
** "Chwila, moment!", ogólnie w tym przypadku okrzyk ma wyrażać zdziwienie boga śmierci

wtorek, 26 kwietnia 2016

Jak doprowadziłam do zniknięcia polskich siatkarzy, a Rachel zniszczyła psychikę Stephana Antigi Cz.2

Witam was wszystkich po dość długiej przerwie. Nie będę się za bardzo tłumaczyć, ogólnie rzecz biorąc moja kreatywność osiągnęła poziom Rowu Mariańskiego i nie byłam w stanie napisać choćby zdania.
A siatkarze Resovi mi nie pomogli.
Nie będę tłumaczyć.
W każdym razie – druga część opowiadania jest, możecie przeczytać. Pisana jest wspólnie z Rachel, tak naprawdę to on odwaliła lwią część roboty, ja tylko trochę dołożyłam. Part pisany z punktu widzenia i mojego i Rache, ale nie ma zasady, że każda pisała ze swojego punktu widzenia. Wymieniałyśmy się trochę.
Podsumowując: oddajemy wam w ręce to coś. Mamy nadzieję, że nie zryje wam to umysłów.
Pozdrawiamy
Luna
~Rachel

Kiedy udawałam się na ten mecz, naprawdę w planie miałam tylko i wyłącznie spokojne obejrzenie siatkówki na międzynarodowym poziomie. Nawet do głowy mi nie przyszło, że skończy się to bliskim spotkaniem z duchem Napoleona, Juliusza Cezara, carycy Katarzyny i jakiegoś indiańskiego wojownika.
Siedziałam przywiązana razem z łowcami i sztabem szkoleniowym do czegoś, co przypominało trochę totem, a obok nas do podobnego duchy przyczepiły pozostałych siatkarzy.
– Kacper – zwróciłam się do chłopaka najciszej jak mogłam – Co to, do jasnej anielki, ma znaczyć?
– To jego wina – warknął Denis, zanim jego przyjaciel zdążył chociaż otworzyć usta. – Wymyślił, że zamiast wrąbać się na imprezę od razu z bronią, to zrobimy kulturalne rozeznanie sytuacji.
– Naprawdę? – zszokowana spojrzałam na łowcę. – Nie spodziewałam się tego po tobie. W twoim stylu jest raczej akcja typu… wchodzimy, tłuczemy i zobaczymy co z tego będzie.
– Miałem nagły przebłysk geniuszu – opowiedział łowca, wzruszając ramionami.
Westchnęłam zrezygnowana, zastanawiając się co się dzieje z tym światem. W duchu modliłam się by Rachel coś wymyśliła i wyciągnęła nas z tego bagna.
Nadzieja matką głupich.
Mam totalnie przerąbane.
***
Tak, tak. Biedna Luna, związana i pojmana przez ducha Napoleona. Ale wiecie co? Ja tymczasem musiałam użerać się z o wiele gorszymi problemami. Te wszystkie godziny spędzone na treningu ninja się w końcu opłaciły.
A, przepraszam, tu Rachel. Chyba nie myśleliście, że pozwolę Lunie opowiedzieć całą historię, prawda?
No więc, krótkie przypomnienie – ja i czterech siatkarzy wpadliśmy sobie do czarnej dziury. Spadliśmy przez dłuższą chwilę, po czym dość obciachowo zaryliśmy nosami w marmurową posadzkę.
Chwila, moment. Marmurową posadzkę?
Zamrugałam i rozejrzałam się dookoła. Byliśmy w pomieszczeniu. Część ścian była przeszklona, ale widziałam przez nie tylko długi korytarz. Pozostałe były w kolorze szarawym, a do nich poprzyklejano plakaty informujące o jądrze atomu i rozmaitych organach wewnętrznych człowieka. Fragment posadzki, który tak boleśnie spotkał się z naszymi twarzami, był jedynym nie zastawionym sprzętami rodem z laboratorium szalonego naukowca.
 – O, jasna cholera – mruknęłam, podnosząc urządzenie, które na moje oko służyło do wysysania mózgu przez nos.
Za mną siatkarze także podnieśli się z podłogi i zaczęli kolejno oglądać dziwne przyrządy.
– W co my się wpakowaliśmy? – moim zdaniem bardzo trafnie streścił sytuację Bartosz Kurek.
Powoli zaczynałam rozróżniać siatkarzy. Stwierdziłam, że będzie mi to przydatne, jeśli miałam z nimi spędzić trochę czasu w jakiejś dziwnej dziurze.
– Na moje oko, to mamy przerąbane – oznajmił Andrzej Wrona. Zresztą adekwatnie.
– W pełni się zgadzam, przyjaciele – powiedziałam, zarabiając sobie zaskoczone spojrzenia od siatkarzy, którzy zaczęli się pewnie zastanawiać kiedy staliśmy się przyjaciółmi. – Przerąbane to my mamy.
Poprawiłam katanę na plecach i zmierzyłam laboratorium spojrzeniem.
– A teraz to może stąd spadajmy – dokończyłam.
– Tak szybko chcecie mnie opuścić, moi drodzy? – spytał jakiś głos.
Kuso*! Dlaczego zawsze coś musiało się schrzanić?
Przed nami jak spod ziemi wyrósł koleś w białym fartuchu. Z kieszeni wystawała mu strzykawka. Jego włosy (a może to była peruka?) sterczały na wszystkie strony, jakby trafił go piorun, a okrągłe okulary zjeżdżały mu z nosa. Poprawił je i uśmiechnął się promiennie.
– A ty tu czego? – burknęłam, jak zwykle miła.
– Jak to? – nieznajomy wyglądał na zdziwionego. – Chciałem oficjalnie powitać moich gości!
– To przez ciebie tutaj jesteśmy? – zdziwił się Kurek.
– No widzicie, tak już wyszło. Przepraszam, jeśli wasza podróż nie należała do wygodnych, ale musiałem was tu sprowadzić.
– Zwariowałeś? – spytał Bieniek. Według mnie było to pytanie retoryczne.
– Wobec tego – podsumował Marcin Możdżonek. – Ściągnąłeś nas czarnym tunelem pod szatnią do swojego laboratorium. Po co?
– Człowieku – uwiesiłam mu się na ramieniu i szepnęłam na ucho. – On ma tu urządzenie do wysysania mózgu. Przez nos! I ty się pytasz po co?
– Ach, zapomniałbym! Wy o niczym nie wiecie! Będziecie częścią czegoś wspaniałego! – wyjaśnił koleś, którego uznałam za szalonego naukowca. – Czy tego chcecie czy nie!
Łypnęłam na niego podejrzliwie.
– Złożysz nas w ofierze podczas satanistycznego rytuału?
Siatkarze spojrzeli na mnie z przerażeniem w oczach, jakby mając nadzieję, że tylko żartowałam. Naukowiec tylko się zaśmiał.
– Ależ skąd! Nie, zamierzam jedynie wyssać waszą energię życiową, przekazać ją duchom i podbić z ich pomocą świat!
– Wolałam jednak pierwszą opcję. To gdzie te duchy?
– Zapewne właśnie pojmały waszych przyjaciół. Nic, czym powinniście się zamartwiać.
Pomyślałam o Lunie. Jeśli wyssą jej energię życiową, komu będę niszczyła psychikę? Sądząc po minach siatkarzy, ich przemyślenia również nie były optymistyczne.
– Na trzy – szepnęłam.
– Co na trzy? – zdumieli się.
Posłałam im mój najbardziej psychopatyczny uśmiech, po czym dobyłam miecza. W tym samym momencie wyskoczył mi on z ręki i przyczepił się do ściany.
– Jasna cholera! – zaklęłam. – Co to ma być?
– Pole magnetyczne. Na wypadek, gdybyście spróbowali czegoś głupiego.
Westchnęłam.
– No cóż. Chciałam to załatwić po dobroci...
Możdżonek miał minę, jakby się zastanawiał, od kiedy Japońskimi mieczami da się coś załatwić po dobroci. No, chyba nie widział jeszcze jak ja załatwiam sprawy nie po dobroci...
Uniosłam wysysacz mózgów, którym wcześniej bezwiednie się bawiłam i wcisnęłam go naukowcowi do lewej dziurki od nosa. Następnie, korzystając z elementu zaskoczenia, wyszarpnęłam mu strzykawkę z kieszeni i wbiłam w splot słoneczny, niezbyt zastanawiając się nad jej zawartością. Zanim ktokolwiek zdołał zareagować, porwałam mój miecz, przebiegłam po stołach zastawionych... różnościami i kopniakiem wcisnęłam duży, czerwony guzik, który spowodował włączenie się zraszaczy w całym pomieszczeniu. Potem chwyciłam pobliską lampkę i wybiłam nią dziurę w szklanej szybie. Całe szczęście, że nikt nie pomyślał, żeby zainwestować w kuloodporne szkło.
Zasygnalizowałam siatkarzom, żeby ruszyli. Chwilę trwało, zanim otrząsnęli się z szoku, ale szybko pobiegli za mną, wyskakujące przez dziurę w szybie. Chwilę uciekaliśmy długimi korytarzami, aż wreszcie zatrzymaliśmy się, żeby złapać oddech.
– To co teraz? – spytał Wrona, łapiąc powietrze.
Naciągnęłam maskę na twarz, ale reszty czarnego wdzianka się pozbyłam, wyrzucając także miecz. Zostałam w podartych jeansach i skórzanej kurtce. Tryb metala włączony. Do kurtki miałam przymocowaną bardzo ładną, czerwoną kusarigamę. Odczepiłam ją i zważyłam w ręku. Całe szczęście, że ta broń nie była z metalu, więc magiczne pole doktorka nie powinno jej zaszkodzić.
– Teraz – oznajmiłam, popychając całe towarzystwo w stronę niewielkich drzwi. – Znajdziemy wam broń i uratujemy kilku przyjaciół.
***
Kacper już niemal się wyzwolił, stosując mieszane techniki gryzienia sznura, którym został związany. Nagle gdzieś z odległego kąta pomieszczenia wyleciał dziwny sztylet z ostrzem w kształcie rombu i okrągłym uchwytem na końcu rękojeści. O ile dobrze pamiętam to co mówiła mi Rachel, jest to broń pochodzenia japońskiego i nazywa się kunai.
Ten kunai, który zapewne był wycelowany w duchy, nawet nie znalazł się blisko celu, był za to zdecydowanie za blisko mnie, prawie fundując mi dekapitację.
I w tej samej chwili w odległym końcu pokoju buchnął dym, a w nim ukazały się sylwetki pięciu postaci. Nie wiadomo skąd popłynęła muzyka. A dobrze znany mi głos zaczął śpiewać.
Here we go!
Holding on to lies, holding on to ties that's vanished
Cut the rope, and fall into the sky
Mam wrażenie, że właśnie wtedy moja szczęka znalazła sobie wygodne miejsce na podłodze. Bo oto dym się rozwiał, i naszym oczom ukazała się Rachel, trzymająca broń, która wyglądała jak ostrze od kosy na łańcuchu. Żeby nie urwała mi głowy za znieważenie jej kochanej japońskiej broni, nadmienię, że broń ta nazywa się według mojej przyjaciółki kusarigama.
I am bulletproof!
Za Rache do boju ruszali, już nie śpiewając, siatkarze, uzbrojeni we wszelkiego rodzaju przedmioty od odświeżaczy powietrza po miotły. Moja przyjaciółka całkiem nieźle dowodziła tą mini armią, wywijając swoją kusarigamą i szarżując na duchy, przy akompaniamencie swojej ulubionej muzyki.
Tymczasem łowcy nareszcie się wyzwolili i ruszyli rozwiązywać mnie i siatkarzy.
– Nie! – zaprotestował Napoleon.
Juliusz Cezar wykrzyknął coś po łacinie, ale Rachel skutecznie go zagłuszyła.
Here I go!
Another prison flight
Another perfect sky I damaged
Now I know, just who created life
And why I set my sights to save it.
Pojawiła się nagle przed nami, z opuszczoną maską i wariackim uśmieszkiem.
– Przecież ci mówiłam, żebyś uważał, Stefan! – zawołała.
Rzeczony Stefan patrzył na nią z szeroko otwartymi oczami. Jak wszyscy, zresztą. Już mieliśmy zacząć wiwatować, kiedy nagle w odległym kącie pomieszczenia buchnął dym.
Powinnam była wiedzieć, że nie należy się cieszyć za szybko.
***
Wymamrotałam kilka zdecydowanie nieprzyzwoitych wyrazów po japońsku, kiedy podłoga nagle rozsunęła się i na platformie wyjechał mój stary znajomy, szalony naukowiec. Za nim stała urocza maszyna, która pewnie miała za zadanie wyssać z siatkarzy energię życiową.
Jego wzrok spoczął na mnie. Z irytacją podrapał się w miejsce, gdzie wbiłam mu strzykawkę. Oh, ale miał ochotę mnie zabić. Widziałam to w jego oczach. Często spotykam się z ludźmi, którzy mają ochotę mnie zabić.
Ruszył w moją stronę z paskudnie wyglądającym urządzeniem w ręku. Nerwowo przeszukałam kieszenie kurtki. Udało mi się znaleźć woreczek z różowawą substancją. Otworzyłam go i wysypałam całą jego zawartość w oczy naukowca. Poza tym, że zatrzymał się i zamrugał, próbując się pozbyć substancji ze swojej gałki ocznej, niewiele się wydarzyło.
– Cholera, zła sól – wymamrotałam pod nosem.
Była to pamiątka z czasów, kiedy z Luną okradłyśmy szkolną pracownię chemiczną. Siarczan (VI) kobaltu (II), CoSO4. Niestety, nie robił on ludziom dużej krzywdy. Wolałabym mieć przy sobie buteleczkę jakiegoś kwasu.
Dlaczego ukradłam akurat siarczan kobaltu? Od czasu płazińca Stefana mam wielką sympatię do kobaltu. O dziwo nie tylko do izotopu Co-60, ale kobaltu jako takiego. Natomiast to, czemu upodobałam sobie kwas siarkowy (VI), to już rzecz zupełnie niepojęta. Jedyne, co przeszkadzało mi w połączeniu tych dwóch substancji, to kolor. Dlaczego, u licha, różowy?! Tak ciężko mu było zabarwić się na czarno?!
Naukowiec usunął większą część soli ze swojego oka i spojrzał na mnie zdumiony.
– Wybacz – uśmiechnęłam się przepraszająco. – Miało ci to zrobić większą krzywdę, ale przez przypadek wyciągnęłam siarczan kobaltu. Czekaj, zaraz to poprawię…
Zaczęłam ponownie grzebać po kieszeniach, ale naukowiec nie dał mi szansy naprawy błędu.
– Zabić ją! – ryknął do duchów.
Co prawda moje próby znalezienia wszelakich substancji żrących spełzły na niczym, ale miałam jeszcze wiele sztuczek w zanadrzu. Rzuciłam kusarigamą z zamiarem podcięcia nóg Napoleonowi, jednak, niestety, ominęłam jeden istotny szczegół – Napoleon był duchem.
– Kuso – warknęłam po raz kolejny. Miałam ciekawy zwyczaj przeklinania po japońsku w sytuacjach kryzysowych.
Całe szczęście, że moja mini armia zdążyła się ogarnąć i przybyć mi na ratunek, spryskując widmo płynem do mycia okien, zanim zdążyło zrobić mi krzywdę. Niewiele to dało, ale element zaskoczenia wystarczył. Udało mi się uniknąć przebić szablą.
Starając się nie zostać szaszłykiem, kątem oka zauważyłam, że Kacper wyciąga z kieszeni nieduże urządzenie, przypominające krótkofalówkę.
– Anthony, przyzywam cię! – krzyknął.
W tym momencie przez drzwi prowadzące do szatni, na salę wleciał mały robocik, zwany zapewne Anthony. Pomalowany, by wyglądał jakby ktoś ubrał go w smoking, przypominał raczej lokaja, a nie zaawansowaną broń przeciwko duchom.
– Yes, my lord? – przemówił cichym, grubym głosem.
– Anthony, mamy problem. Aktywuj laser przeciwektoplazmowy.
Patrzyłam z szeroko otwartymi oczami jak Anthony okręca się par razy wokół własnej osi, a potem jedną z swoich malutkich rączek zamienia w działko laserowe co najmniej swojej wielkości.
I niestety w tym miejscu nastąpiło rozczarowanie stulecia. Wystrzelona przez naszego obrońcę cieniutka wiązka lasera, wystarczyła tylko i wyłącznie na wyparowanie Juliusza Cezara. Potem Anthony wydał z siebie serię bliżej nieokreślonych zgrzytów i spadł na podłogę.
– Niestety to działa tylko raz – westchnął Denis.
– Na co czekacie?! – wydarł się naukowiec. – Zabijcie ich wreszcie!
Czyli powtórka z rozrywki. Złapałam się za głowę.
Luna wreszcie skończyła uwalniać resztę z więzów i nasza siatkarska armia była kompletna. Co prawda odświeżacze powietrza Brief ładnie pachniały, ale za to bronią były jako taką, więc moja brygada ratunkowa na niewiele się zdała. Ale, całe szczęście, byliśmy na Arenie, tuż po meczu siatkówki. A to oznaczać mogło tylko jedno – piłki!
Zaczynając od Bieńka, który był najbliżej piłek, przez każdego kolejnego siatkarza, który się nawinął – kolorowa piłka do siatkówki przelatywała nad naszymi głowami, podana idealnie sposobem górnym.
Koniec końców dotarła do mnie, czyli do końca kolejki. Oparłam się na mojej wiedzy z zakresu siatkówki, która, jakby nie patrzeć, jest pojęciem abstrakcyjnym i uderzyłam okrągły przedmiot zanim zaliczył bolesne spotkanie z moją twarzą. Sposobem własnego autorstwa – bocznym. Wygięłam sobie ramię, przywaliłam nadgarstkiem i wprawiłam piłkę w ruch obrotowy, ale nadal mimo wszystko trafiłam naukowca prosto w sam środek twarzy.
On potknął się, zatoczył i – co nie wiem jakim cudem się wydarzyło i było, szczerze powiedziawszy, strasznie zabawne – zaliczył glebę. Korzystając z jego momentu nieuwagi rzuciłam kusarigamę do Luny. Jakoś udało jej się złapać broń nie pozbawiając się palców. Potem mrugnęłam a ona – dzięki niech będą wszystkim płazińcom tego świata – zrozumiała. Pomknęła w stronę machiny do wysysania życiowej esencji. Była najbliżej i wierzyłam w nią – była moją przyjaciółką, nie takie już rzeczy przeżyła.
Wskoczyła na platformę i przez chwilę przyglądała się urządzeniu z głupią miną. Potem stwierdziła, że nie zamierza się tym przejmować, chwyciła pewniej moją kusarigamę i wbiła ją z całej siły w ekran. Natychmiast z wysysaczki esencji życiowych wystrzelił niebieski promień – ale nie w nas, w duchy, które wrzasnęły rozpaczliwie jeden ostatni raz i wyparowały.
Już miałam podbiec i jej pogratulować, ale w tej samej chwili Anthony wydał z siebie serię klikających dźwięków.
– AUTODESTRUKCJA : WŁĄCZ – oznajmił.
– Co to…? – zaczęłam formułować pytanie, ale w tej samej chwili Kacper i Denis rzucili się do przodu, wypychając wszystkich z pomieszczenia.
– Wiać! – wrzasnęli łowcy.
Kiedy już wybiegliśmy z Areny, odważyliśmy się zatrzymać. Spojrzałam na łowców duchów.
– Powariowaliście? – zapytałam.
– Anthony to wynalazek Kacpra. A one zawsze… – nie musiał dokańczać, bo doskonale wiedziałam, co zawsze się dzieje z wynalazkami Kacpra. A poza tym dokończyć nie mógł, bo przerwał mu huk eksplozji i słup ognia za naszymi plecami.
Dokładnie. One zawsze wybuchały.
Właśnie wysadziliśmy w powietrze Tauron Arenę.

*Kuso, czyli najzwyczajniej w świecie cholera po Japońsku

Okej, dorwałam się do bloga i wyjaśnię kilka rzeczy. Poza dopiskiem u góry muszę też nadmienić, że kusarigama wygląda tak. A piosenka, którą śpiewałam ruszając do boju nie jest, pod żadnym pozorem, mojego autorstwa. Po prostu jest to mój ulubiony zespół i uznałam, że ten tekst pasuje do ataku na (czteroosobową) armię duchów. W każdym razie praw autorskich nie posiadam. Oto link do oryginału. 
I to chyba na tyle. 
~Rachel