Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płaziniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płaziniec. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lipca 2016

Historia Płazińca Stefana II

Hello!
Przebywamy z Luną na obozie literackim i po zaledwie kilku dniach wszyscy mamy grzyby mózgu. Jak na razie przedstawiam wam kolejną część Płazińca Stefana, obawiam się, że może zrobić się gorzej. 
Bez zbędnego przedłużania, 
Pozdrawiam i zapraszam do czytania,
~Rachel

Historii Płazińca Stefana część druga                                  

– Mmm? – detektyw Holmes puścił balona z gumy do żucia i zerknął na szeryfa. – Przepraszam, mówił pan coś?
Szeryf złapał się za głowę i gdyby płazińce miały jakiekolwiek włosy, zacząłby je sobie rwać.
– Nie wytrzymam z tym gościem – mruknął sam do siebie, po czym głośniej dodał: – Mówiłem właśnie o Stefanie!
– Stefanie? – zdumiał się jego rozmówca, rozkładając się wygodnie na fotelu. – A kto to taki?
– No wiesz – szeryf mówił spokojnie, ale w każdej chwili mógłby wybuchnąć. – Stefan. Leukochloridium Stefan. Ten, który wysadził w powietrze Akademię. Miałeś go złapać, pamiętasz?
– Ach! Stefcio! Już pamiętam! – Holmes przyklasnął radośnie. – Fakt, fakt, zwiał. Dwa lata temu. Już od dawna siedzi w Azylu.
– Widzisz, mówiłem, że w końcu załapiesz, mimo, że jesteś głupi jak but…
– Ale szeryfie, my nie nosimy butów.
– Milcz! W każdym razie, Stefan. Ostatnio jakiś nieznajomy pojawił się w Żywicielu Uniwersalnym i dopytuje się o niego.
– O Stefana?
– Ech… czasami mam wrażenie, że udajesz głupszego niż naprawdę jesteś, Holmes. Tak, o Stefana. A o kim my cały czas rozmawiamy?!
– Rzeczywiście, szeryfie, ale nie widzę powiązania. Przecież Stefan od dwóch lat jest w Azylu. Nie możemy go tam tknąć, nieważne jak ciężkie przestępstwo popełnił. Takie są zasady.
Szeryf niespodziewanie uderzył w biurko, prawie zrzucając Holmesa z jego fotela.
– Pora to zmienić!
– Aaa! Już widzę pański tok rozumowania! Wykorzystamy tego nowoprzybyłego jako naszego szpiega. Skoro szukał Stefana, to pewnie się znają, może przyjaźnią. Wyślemy go do Azylu, on wywabi stamtąd Stefka, a my tam będziemy czekać i BUM! Stefek za kratkami.
– Wiedziałem, że tylko udajesz głupiego. Szczerze powiedziawszy – zaśmiał się nerwowo, myśląc o swoim planie, który, z obecnej perspektywy, nie miał najmniejszego sensu. – To wpadłem na dokładnie taki sam pomysł! Tak… tak właśnie zrobimy… hehe.  
***
Naczelny Tasiemiec Antoniusz wyjrzał przez okno, ziewnął przeciągle, zapalił papierosa i wrócił do kartkowania gazety.
– Bzdury – burknął. – Bzdury, bzdury, bzdury. Same bzdury. Justin Bąblowiec nagrał nowy hit. Na wszystkie płazińce tego świata! Ech… – wyciągnął kolejną gazetę ze sterty, która pokrywała jego biurko. – Cała nadzieja w Intestine Timesie. To chyba już jedyna sensowna gazeta jaką drukują… na resztę szkoda tuszu.
Zerknął na pierwszą stronę.
– Ooo – ucieszył się. – A co to takiego? Brawurowa ucieczka z więzienia… ajajaj, PJ chyba radzi sobie coraz gorzej… Filip P., podejrzany o zamach na kilku policjantów uciekł wczorajszej nocy z jednego z najpilniej strzeżonych więzień w Imperium Tasiemców. Jak na razie okoliczności jego ucieczki nie są znane. Przypuszcza się, że podejrzany jest w drodze do Azylu Przestępców w Woreczku Żółciowym. W pościg za podejrzanym ruszyła już Policja Jelitowa, dowodzona przez Detektywa Pasożyta Holmesa, znanego z takich spraw jak… – Antoniusz przerwał czytanie. – Kolejny przestępca? – mruknął. – Hehehe. Niech rozpocznie się gra!
***
Płaziniec Filip biegł, jakby od tego zależało jego życie.
Co wcale nie mijało się z prawdą.
Filip nie odniósł wrażenia, że to wszystko wydarzyło się już kiedyś, a dokładniej dwa lata wcześniej. Odniósł je jedynie narrator.
Wracając do Filipa.
Przemknął jelitem jak burza, obijając się o ścianki, słysząc wycie syren policyjnych za sobą.  
Wiedział, że długo już nie będzie w stanie biec. Koniec końców opadnie z sił, a wtedy dorwie go Holmes. Który przecież nigdy nie dawał przestępcom uciec. Wyjątkiem był jedynie Stefan, słynny płaziniec, który wysadził Akademię. Ale Filip chociaż przez chwilę nie wątpił, że nigdy nie dorówna żywej legendzie jelita grubego.
Nagle potknął się i przekoziołkował po jelicie, koniec końców zatrzymując się na ściance. Zamrugał i rozejrzał się, próbując zlokalizować coś, co tak złośliwie utrudniło mu ucieczkę. Nie udało mu się, za to obok siebie dostrzegł złożoną karteczkę. Podniósł ją i rozwinął, przez moment wyrzucając z pamięci to, że jest poszukiwanym zbiegiem.
Szanowny Panie Filipie!
Gratuluję Panu dotarcia tak daleko. Musi Pan mieć prawdziwy talent. Jak dotąd znałem tylko jednego płazińca, któremu udało się to samo. Myślę, że dobrze Pan zna jego imię. Wszyscy go znacie.
Mam szczerą nadzieję, że da Pan radę powtórzyć jego wyczyn. Niech Pan pamięta – jestem Pańskim przyjacielem i mogę Panu oferować pewną pomoc… w końcu przecież zależy nam na tym samym.
Jak na razie, niech Pan kontynuuje. Ale zadam Panu jedno, niezwykle ważne pytanie.
Jak bardzo ceni Pan sobie swoje życie?
Z wyrazami szacunku
Przyjaciel
***
Antoniusz zaśmiał się do siebie, bawiąc się machinalnie piórem podczas pisania kolejnej karteczki.
Nikt nie znał prawdy o nim. Oficjalna wersja wydarzeń wyglądała tak, że eksplozja zaskoczyła go w drodze do Akademii, zrzuciła z drogi i spowodowała utratę przytomności. Był w śpiączce, ocknął się tydzień po ucieczce Stefana do Azylu i potwierdzić to mogli wszyscy pracownicy szpitala, w którym rzekomo przebywał.
A wobec tego nie mógłby przecież napisać wszystkich tajemniczych karteczek, które Holmes odnalazł podczas pościgu za Stefanem. Dlatego też był poza wszelkim podejrzeniem.
To jedno małe potknięcie nauczyło go ostrożności, mimo, że wszystko skończyło się dobrze. Po pierwsze, nie mógł już podpisywać się jako Naczelny Tasiemiec. Z powodu urzędu głowy Imperium Tasiemców, był postacią rozpoznawalną.
Oczywiście Antoniusz nigdy nie grzeszył skromnością, dlatego też nie mógł się powstrzymać przed ujawnieniem Stefanowi kim jest, musiał jednak uniknąć robienia podobnych rzeczy, jeśli chciał kontynuować swoją grę.
Po drugie, żadnego więcej tajemniczego znikania. Ułatwiało mu to znacznie grę, ale wzbudzało zbyt duże zainteresowanie. Zwłaszcza ze strony tego wścibskiego Holmesa, który zawsze interesował się tylko i wyłącznie tymi sprawami, które nie dotyczyły go nawet w najmniejszym stopniu.
Antoniusz przerwał rozmyślania, odłożył pióro i odsunął na bok list. Następnie spojrzał znad szachownicy na pasożyta siedzącego naprzeciwko niego.
– Twój ruch – oznajmił.
***
– STEFAN!
Rzeczony płaziniec drgnął zaskoczony i zleciał z fotela, odrzucając na drugi koniec pomieszczenia karabin, który trzymał wcześniej na kolanach.
– Na wszystkie płazińce tego świata, Amanda! Nie możesz mnie tak straszyć! – zaprotestował. – O co ci chodzi?
Amanda wparowała do pokoju. Była wściekła.
– Nie wyjeżdżaj mi tu ze wszystkimi płazińcami tego świata! Już ty dobrze wiesz, o co mi chodzi!
– Wiesz, to co przed chwilą powiedziałem, sugerowałoby coś odwrotnego.
– Co ty Stefan, w Holmesa się zamieniasz z tymi tekstami? Mówię o gliście ludzkiej, która chrapie donośnie w pokoju obok mojego! Czy naprawdę nie pamiętasz ile razy ci mówiłam, że nicienie mają własnego Żywiciela Uniwersalnego, a my własnego? Te granice są nieprzekraczalne!
– Przecież jesteśmy w Azylu, a ona potrzebowała schronienia. Policja i tak nas tu nie dosięgnie.
– Policja może i nie, ale sprawy naruszenia terytorium Imperium Tasiemców przez nicienia kierowane są bezpośrednio do Naczelnego Tasiemca! A uwierz mi, on już o tym na pewno wie. Chcesz nam ściągnąć na kark Antoniusza?!
Stefan momentalnie zamilkł. Fakt, nie zastanawiał się w sumie nad tym. Po prostu wpuścił tą glistę ludzką, nie myślał o skutkach. Antoniusz był ostatnią osobą, której chciałby o sobie przypominać. Może i jego gra się przerwała… ale już on dobrze wiedział, że się nie skończyła.
– To co mam, twoim zdaniem, zrobić? Wyrzucić ją stąd?
– Nie martw się, ja się tym zajmę. Przyszłam tylko na ciebie nakrzyczeć.
Obróciła się na pięcie i wyszła, a Stefan westchnął i usiadł z powrotem na fotelu. Następnie włączył telewizor.
Pierwszą rzeczą, która się pokazała na ekranie, były radiowozy w jelicie cienkim.
– Co to? – zdziwił się leukochloridium. – Czyżby szeryf znowu zgubił klucze?
Ale potem na ekranie pojawił się Holmes, z miną triumfującego bohatera. Brakowało mu jedynie uciętej głowy wroga w dłoni.
– Wszyscy możemy chyba zgodnie przyznać, że to pańskie największe osiągnięcie – oznajmił głos reporterki. – W końcu podejrzany już nie jeden raz zabił ścigających go funkcjonariuszy. A na dodatek był już tak blisko słynnego Azylu…
– Co mogę powiedzieć? – Holmes wyszczerzył się do kamery. – Jestem przecież profesjonalistą. Choć, nie przeczę, myślałem, że szeryf znowu zgubił klucze. Ale, trochę prostej dedukcji i udało mi się ustalić dokładnie kogo mam szukać i gdzie.
Wtedy też Stefanowi ukazał się tunel, którym sam biegł dwa lata wcześniej, podczas swojej ucieczki do Azylu. Pod jego ścianką, otoczony policjantami, kulił się jakiś ciemny kształt. Nagle spojrzał on na kamerę rozszerzonymi pod wpływem światła latarek fotoreceptorami, a Stefan zachłysnął się.
Ciemny kształt przypominał jego.
Leukochloridium!
***
Pamiętaj… jestem twoim przyjacielem… jak bardzo ceni Pan sobie swoje życie… nie stawiaj oporu, Filipie… kiedy nadejdzie czas, pomogę ci… czy pozwoliłbyś, żeby ktoś poświęcił się za ciebie… jak bardzo ceni Pan…
Filip spojrzał na policjantów, którzy podchodzili do niego powoli, jakby był zwierzęciem podejrzanym o wściekliznę. Światła ich latarek raziły jego fotoreceptory, ale, jakby nie patrzeć, nie był raczej w pozycji do składania zażaleń.
Może i w Imperium Tasiemców nie obowiązuje kara śmierci, pomyślał, ale specjalnie dla mnie pewnie ją wprowadzą.
Cała jego nadzieja była w tym tajemniczym przyjacielu, a on nadal nic nie zrobił. W ostatnim liście kazał mu nie stawiać oporu podczas aresztowania, ale nic dobrego póki co z tego nie wyszło.
Jak bardzo cenię sobie swoje życie?, zastanowił się.
Nie miał pojęcia. Mógłby próbować się obronić, ale za pierwszym razem nic mu to nie dało, a ucieczka z więzienia raczej nie poświadczyła jego niewinności.
Ale Filip był niewinny. I nie ważne ile razy kazano mu się przyznać, on wiedział. Wiedział, że nie zabił tamtych policjantów.
W oddali Holmes – bo to on go pochwycił – szczerzył się jak głupi do kamery, przedstawiając uciekiniera jako psychopatę i seryjnego mordercę, którego przechytrzył jedynie dzięki swojej niesamowitości.
W rzeczywistości podłożył Filipowi nogę, kiedy ten uciekał. Tylko dlatego udało mu się go złapać.
Nagle przez ściankę jelita dobiegł płazińca czyjś głos.
– Psst – powiedział ów głos. – Nie za wygodnie ci tu?
– Kim jesteś? – zdziwił się Filip.
– Powiedzmy, że jak na razie twoim jedynym przyjacielem. Słuchaj, na trzy ja rzucam granat dymny, a ty zwiewasz jak najszybciej potrafisz.
– Cudnie. Kocham ten plan.
– Nie musisz mi mówić, że jest beznadziejny. Zdążyłem się domyślić. A teraz rób, co ci kazałem. Raz… dwa…
TRZY!
***
– A wtedy on chwycił piłę łańcuchową i… – wywód detektywa Holmesa przerwały kłęby szarego dymu, które nagle spowiły jego postać. – A… a… a psik! – kichnął. – Jestem uczulony na granaty dymne!
W momencie kiedy dym się rozwiał, Płazińca Filipa już nie była. Holmes zaklął szpetnie i odwrócił się w stronę Azylu. Ale zanim pobiegł za uciekinierem, mrugnął jeszcze do reporterki i podał jej wizytówkę.
– Mój numer. Zadzwoń. Pogadamy o moich bohaterskich czynach.
A następnie zniknął za zakrętem.
***
Stefan wbiegł do Azylu, ciągnąc za sobą zdezorientowanego Filipa.
– Amanda! – wykrzyknął na wejściu. – Zobacz, zobacz!
Rzeczona motylica wątrobowa weszła do pokoju z wyrazem średniego zainteresowania na twarzy.
– Co znowu, Stefan?
Filipowi opadła szczęka.
– Stefan? TEN Stefan?!
– Strzał w dziesiątkę, bracie!
– Yyy… to my jesteśmy braćmi?
– Nie, nie, to tylko takie powiedzenie! Chodzi o to, że obaj jesteśmy leukochloridium! Właśnie, Amando, to chciałem ci powiedzieć! Spotkałem kogoś takiego jak ja! Widzisz? Jest nawet równie przystojny!
Przywra parsknęła śmiechem.
– Jak ci na imię?
– Filip jestem – przedstawił się płaziniec.
– Amanda. Witaj w Azylu. Co zrobiłeś?
– Słucham? Ja nic nie zrobiłem! Wrobili mnie w zabójstwo kilku policjantów, a ja nawiałem z więzienia.
– No tak, bo to nic.
– Ale jestem niewinny!
Amanda spojrzała Filipowi głęboko w oczy.
– Nie jesteś niewinny. Nikt niewinny nie ląduje w tym miejscu.
Coś w jej głosie sprawiło, że płaziniec nie zamierzał z nią dyskutować.
***
Wazon przeleciał przez pokój i roztrzaskał się nad kominkiem.
Antoniusz, który owym wazonem cisnął, rzucił wyjątkowo kreatywne przekleństwo, którego siedzący przed nim nicień w życiu nie słyszał.
– Antoniuszu? Czy coś się stało?
– Nie, Nicholasie, nic się nie stało. Tylko kolejne leukochloridium, które wymknęło się z mojej gry!
– Ależ Antoniuszu – ton obu pasożytów był przesadnie słodki. – Czy nie obiecałem ci, że pomogę ci skończyć ze Stefanem raz na zawsze?
Naczelny Tasiemiec zachichotał, z początku cicho, ledwo dosłyszalnie, a następnie wybuchnął głośnym, psychopatycznym śmiechem. Uśmiechnął się szeroko do Nicienia Nicholasa.
– Ależ Nicholasie – wycedził, starając się opanować fale śmiechu, które nim wstrząsały. – Doprawdy, czy sądziłeś, że pozwolę ci zakończyć MOJĄ grę? Jesteś… ha… żałosnym pasożytem… haha…
Wyciągnął skrzętnie ukryty pistolet i wycelował go prosto w swojego rozmówcę.
– Powiedz mi… jak bardzo cenisz sobie swoje życie? Ha… ha… ha…
***
Tego wieczora Stefan siedział sobie spokojnie w swoim pokoju w Azylu, kiedy nagle usłyszał jak ktoś się zbliża.
– Kto to? Pokaż się! Mam, eee… – rozejrzał się. – Na wpół strawionego krakersa i nie zawaham się go użyć!
W ciemności rozległ się chichot.
– Stefanie… – wyszeptał głos. – Nie poznajesz mnie?
Przed nim nagle pojawiła się glista ludzka, którą jeszcze niedawno wpuścił do Żywiciela Uniwersalnego Płazińców.
– Czy mówi ci coś imię Penelopa?
Wspomnienie mignęło przed oczami leukochloridium. Jak on mógł jej nie poznać?
Coś mignęło przed oczami płazińca. Nóż?
Glista uśmiechnęła się.
– Naczelny Tasiemiec Antoniusz i Naczelny Nicień Nicholas przesyłają pozdrowienia.
…
To be continued? 






wtorek, 26 kwietnia 2016

Jak doprowadziłam do zniknięcia polskich siatkarzy, a Rachel zniszczyła psychikę Stephana Antigi Cz.2

Witam was wszystkich po dość długiej przerwie. Nie będę się za bardzo tłumaczyć, ogólnie rzecz biorąc moja kreatywność osiągnęła poziom Rowu Mariańskiego i nie byłam w stanie napisać choćby zdania.
A siatkarze Resovi mi nie pomogli.
Nie będę tłumaczyć.
W każdym razie – druga część opowiadania jest, możecie przeczytać. Pisana jest wspólnie z Rachel, tak naprawdę to on odwaliła lwią część roboty, ja tylko trochę dołożyłam. Part pisany z punktu widzenia i mojego i Rache, ale nie ma zasady, że każda pisała ze swojego punktu widzenia. Wymieniałyśmy się trochę.
Podsumowując: oddajemy wam w ręce to coś. Mamy nadzieję, że nie zryje wam to umysłów.
Pozdrawiamy
Luna
~Rachel

Kiedy udawałam się na ten mecz, naprawdę w planie miałam tylko i wyłącznie spokojne obejrzenie siatkówki na międzynarodowym poziomie. Nawet do głowy mi nie przyszło, że skończy się to bliskim spotkaniem z duchem Napoleona, Juliusza Cezara, carycy Katarzyny i jakiegoś indiańskiego wojownika.
Siedziałam przywiązana razem z łowcami i sztabem szkoleniowym do czegoś, co przypominało trochę totem, a obok nas do podobnego duchy przyczepiły pozostałych siatkarzy.
– Kacper – zwróciłam się do chłopaka najciszej jak mogłam – Co to, do jasnej anielki, ma znaczyć?
– To jego wina – warknął Denis, zanim jego przyjaciel zdążył chociaż otworzyć usta. – Wymyślił, że zamiast wrąbać się na imprezę od razu z bronią, to zrobimy kulturalne rozeznanie sytuacji.
– Naprawdę? – zszokowana spojrzałam na łowcę. – Nie spodziewałam się tego po tobie. W twoim stylu jest raczej akcja typu… wchodzimy, tłuczemy i zobaczymy co z tego będzie.
– Miałem nagły przebłysk geniuszu – opowiedział łowca, wzruszając ramionami.
Westchnęłam zrezygnowana, zastanawiając się co się dzieje z tym światem. W duchu modliłam się by Rachel coś wymyśliła i wyciągnęła nas z tego bagna.
Nadzieja matką głupich.
Mam totalnie przerąbane.
***
Tak, tak. Biedna Luna, związana i pojmana przez ducha Napoleona. Ale wiecie co? Ja tymczasem musiałam użerać się z o wiele gorszymi problemami. Te wszystkie godziny spędzone na treningu ninja się w końcu opłaciły.
A, przepraszam, tu Rachel. Chyba nie myśleliście, że pozwolę Lunie opowiedzieć całą historię, prawda?
No więc, krótkie przypomnienie – ja i czterech siatkarzy wpadliśmy sobie do czarnej dziury. Spadliśmy przez dłuższą chwilę, po czym dość obciachowo zaryliśmy nosami w marmurową posadzkę.
Chwila, moment. Marmurową posadzkę?
Zamrugałam i rozejrzałam się dookoła. Byliśmy w pomieszczeniu. Część ścian była przeszklona, ale widziałam przez nie tylko długi korytarz. Pozostałe były w kolorze szarawym, a do nich poprzyklejano plakaty informujące o jądrze atomu i rozmaitych organach wewnętrznych człowieka. Fragment posadzki, który tak boleśnie spotkał się z naszymi twarzami, był jedynym nie zastawionym sprzętami rodem z laboratorium szalonego naukowca.
 – O, jasna cholera – mruknęłam, podnosząc urządzenie, które na moje oko służyło do wysysania mózgu przez nos.
Za mną siatkarze także podnieśli się z podłogi i zaczęli kolejno oglądać dziwne przyrządy.
– W co my się wpakowaliśmy? – moim zdaniem bardzo trafnie streścił sytuację Bartosz Kurek.
Powoli zaczynałam rozróżniać siatkarzy. Stwierdziłam, że będzie mi to przydatne, jeśli miałam z nimi spędzić trochę czasu w jakiejś dziwnej dziurze.
– Na moje oko, to mamy przerąbane – oznajmił Andrzej Wrona. Zresztą adekwatnie.
– W pełni się zgadzam, przyjaciele – powiedziałam, zarabiając sobie zaskoczone spojrzenia od siatkarzy, którzy zaczęli się pewnie zastanawiać kiedy staliśmy się przyjaciółmi. – Przerąbane to my mamy.
Poprawiłam katanę na plecach i zmierzyłam laboratorium spojrzeniem.
– A teraz to może stąd spadajmy – dokończyłam.
– Tak szybko chcecie mnie opuścić, moi drodzy? – spytał jakiś głos.
Kuso*! Dlaczego zawsze coś musiało się schrzanić?
Przed nami jak spod ziemi wyrósł koleś w białym fartuchu. Z kieszeni wystawała mu strzykawka. Jego włosy (a może to była peruka?) sterczały na wszystkie strony, jakby trafił go piorun, a okrągłe okulary zjeżdżały mu z nosa. Poprawił je i uśmiechnął się promiennie.
– A ty tu czego? – burknęłam, jak zwykle miła.
– Jak to? – nieznajomy wyglądał na zdziwionego. – Chciałem oficjalnie powitać moich gości!
– To przez ciebie tutaj jesteśmy? – zdziwił się Kurek.
– No widzicie, tak już wyszło. Przepraszam, jeśli wasza podróż nie należała do wygodnych, ale musiałem was tu sprowadzić.
– Zwariowałeś? – spytał Bieniek. Według mnie było to pytanie retoryczne.
– Wobec tego – podsumował Marcin Możdżonek. – Ściągnąłeś nas czarnym tunelem pod szatnią do swojego laboratorium. Po co?
– Człowieku – uwiesiłam mu się na ramieniu i szepnęłam na ucho. – On ma tu urządzenie do wysysania mózgu. Przez nos! I ty się pytasz po co?
– Ach, zapomniałbym! Wy o niczym nie wiecie! Będziecie częścią czegoś wspaniałego! – wyjaśnił koleś, którego uznałam za szalonego naukowca. – Czy tego chcecie czy nie!
Łypnęłam na niego podejrzliwie.
– Złożysz nas w ofierze podczas satanistycznego rytuału?
Siatkarze spojrzeli na mnie z przerażeniem w oczach, jakby mając nadzieję, że tylko żartowałam. Naukowiec tylko się zaśmiał.
– Ależ skąd! Nie, zamierzam jedynie wyssać waszą energię życiową, przekazać ją duchom i podbić z ich pomocą świat!
– Wolałam jednak pierwszą opcję. To gdzie te duchy?
– Zapewne właśnie pojmały waszych przyjaciół. Nic, czym powinniście się zamartwiać.
Pomyślałam o Lunie. Jeśli wyssą jej energię życiową, komu będę niszczyła psychikę? Sądząc po minach siatkarzy, ich przemyślenia również nie były optymistyczne.
– Na trzy – szepnęłam.
– Co na trzy? – zdumieli się.
Posłałam im mój najbardziej psychopatyczny uśmiech, po czym dobyłam miecza. W tym samym momencie wyskoczył mi on z ręki i przyczepił się do ściany.
– Jasna cholera! – zaklęłam. – Co to ma być?
– Pole magnetyczne. Na wypadek, gdybyście spróbowali czegoś głupiego.
Westchnęłam.
– No cóż. Chciałam to załatwić po dobroci...
Możdżonek miał minę, jakby się zastanawiał, od kiedy Japońskimi mieczami da się coś załatwić po dobroci. No, chyba nie widział jeszcze jak ja załatwiam sprawy nie po dobroci...
Uniosłam wysysacz mózgów, którym wcześniej bezwiednie się bawiłam i wcisnęłam go naukowcowi do lewej dziurki od nosa. Następnie, korzystając z elementu zaskoczenia, wyszarpnęłam mu strzykawkę z kieszeni i wbiłam w splot słoneczny, niezbyt zastanawiając się nad jej zawartością. Zanim ktokolwiek zdołał zareagować, porwałam mój miecz, przebiegłam po stołach zastawionych... różnościami i kopniakiem wcisnęłam duży, czerwony guzik, który spowodował włączenie się zraszaczy w całym pomieszczeniu. Potem chwyciłam pobliską lampkę i wybiłam nią dziurę w szklanej szybie. Całe szczęście, że nikt nie pomyślał, żeby zainwestować w kuloodporne szkło.
Zasygnalizowałam siatkarzom, żeby ruszyli. Chwilę trwało, zanim otrząsnęli się z szoku, ale szybko pobiegli za mną, wyskakujące przez dziurę w szybie. Chwilę uciekaliśmy długimi korytarzami, aż wreszcie zatrzymaliśmy się, żeby złapać oddech.
– To co teraz? – spytał Wrona, łapiąc powietrze.
Naciągnęłam maskę na twarz, ale reszty czarnego wdzianka się pozbyłam, wyrzucając także miecz. Zostałam w podartych jeansach i skórzanej kurtce. Tryb metala włączony. Do kurtki miałam przymocowaną bardzo ładną, czerwoną kusarigamę. Odczepiłam ją i zważyłam w ręku. Całe szczęście, że ta broń nie była z metalu, więc magiczne pole doktorka nie powinno jej zaszkodzić.
– Teraz – oznajmiłam, popychając całe towarzystwo w stronę niewielkich drzwi. – Znajdziemy wam broń i uratujemy kilku przyjaciół.
***
Kacper już niemal się wyzwolił, stosując mieszane techniki gryzienia sznura, którym został związany. Nagle gdzieś z odległego kąta pomieszczenia wyleciał dziwny sztylet z ostrzem w kształcie rombu i okrągłym uchwytem na końcu rękojeści. O ile dobrze pamiętam to co mówiła mi Rachel, jest to broń pochodzenia japońskiego i nazywa się kunai.
Ten kunai, który zapewne był wycelowany w duchy, nawet nie znalazł się blisko celu, był za to zdecydowanie za blisko mnie, prawie fundując mi dekapitację.
I w tej samej chwili w odległym końcu pokoju buchnął dym, a w nim ukazały się sylwetki pięciu postaci. Nie wiadomo skąd popłynęła muzyka. A dobrze znany mi głos zaczął śpiewać.
Here we go!
Holding on to lies, holding on to ties that's vanished
Cut the rope, and fall into the sky
Mam wrażenie, że właśnie wtedy moja szczęka znalazła sobie wygodne miejsce na podłodze. Bo oto dym się rozwiał, i naszym oczom ukazała się Rachel, trzymająca broń, która wyglądała jak ostrze od kosy na łańcuchu. Żeby nie urwała mi głowy za znieważenie jej kochanej japońskiej broni, nadmienię, że broń ta nazywa się według mojej przyjaciółki kusarigama.
I am bulletproof!
Za Rache do boju ruszali, już nie śpiewając, siatkarze, uzbrojeni we wszelkiego rodzaju przedmioty od odświeżaczy powietrza po miotły. Moja przyjaciółka całkiem nieźle dowodziła tą mini armią, wywijając swoją kusarigamą i szarżując na duchy, przy akompaniamencie swojej ulubionej muzyki.
Tymczasem łowcy nareszcie się wyzwolili i ruszyli rozwiązywać mnie i siatkarzy.
– Nie! – zaprotestował Napoleon.
Juliusz Cezar wykrzyknął coś po łacinie, ale Rachel skutecznie go zagłuszyła.
Here I go!
Another prison flight
Another perfect sky I damaged
Now I know, just who created life
And why I set my sights to save it.
Pojawiła się nagle przed nami, z opuszczoną maską i wariackim uśmieszkiem.
– Przecież ci mówiłam, żebyś uważał, Stefan! – zawołała.
Rzeczony Stefan patrzył na nią z szeroko otwartymi oczami. Jak wszyscy, zresztą. Już mieliśmy zacząć wiwatować, kiedy nagle w odległym kącie pomieszczenia buchnął dym.
Powinnam była wiedzieć, że nie należy się cieszyć za szybko.
***
Wymamrotałam kilka zdecydowanie nieprzyzwoitych wyrazów po japońsku, kiedy podłoga nagle rozsunęła się i na platformie wyjechał mój stary znajomy, szalony naukowiec. Za nim stała urocza maszyna, która pewnie miała za zadanie wyssać z siatkarzy energię życiową.
Jego wzrok spoczął na mnie. Z irytacją podrapał się w miejsce, gdzie wbiłam mu strzykawkę. Oh, ale miał ochotę mnie zabić. Widziałam to w jego oczach. Często spotykam się z ludźmi, którzy mają ochotę mnie zabić.
Ruszył w moją stronę z paskudnie wyglądającym urządzeniem w ręku. Nerwowo przeszukałam kieszenie kurtki. Udało mi się znaleźć woreczek z różowawą substancją. Otworzyłam go i wysypałam całą jego zawartość w oczy naukowca. Poza tym, że zatrzymał się i zamrugał, próbując się pozbyć substancji ze swojej gałki ocznej, niewiele się wydarzyło.
– Cholera, zła sól – wymamrotałam pod nosem.
Była to pamiątka z czasów, kiedy z Luną okradłyśmy szkolną pracownię chemiczną. Siarczan (VI) kobaltu (II), CoSO4. Niestety, nie robił on ludziom dużej krzywdy. Wolałabym mieć przy sobie buteleczkę jakiegoś kwasu.
Dlaczego ukradłam akurat siarczan kobaltu? Od czasu płazińca Stefana mam wielką sympatię do kobaltu. O dziwo nie tylko do izotopu Co-60, ale kobaltu jako takiego. Natomiast to, czemu upodobałam sobie kwas siarkowy (VI), to już rzecz zupełnie niepojęta. Jedyne, co przeszkadzało mi w połączeniu tych dwóch substancji, to kolor. Dlaczego, u licha, różowy?! Tak ciężko mu było zabarwić się na czarno?!
Naukowiec usunął większą część soli ze swojego oka i spojrzał na mnie zdumiony.
– Wybacz – uśmiechnęłam się przepraszająco. – Miało ci to zrobić większą krzywdę, ale przez przypadek wyciągnęłam siarczan kobaltu. Czekaj, zaraz to poprawię…
Zaczęłam ponownie grzebać po kieszeniach, ale naukowiec nie dał mi szansy naprawy błędu.
– Zabić ją! – ryknął do duchów.
Co prawda moje próby znalezienia wszelakich substancji żrących spełzły na niczym, ale miałam jeszcze wiele sztuczek w zanadrzu. Rzuciłam kusarigamą z zamiarem podcięcia nóg Napoleonowi, jednak, niestety, ominęłam jeden istotny szczegół – Napoleon był duchem.
– Kuso – warknęłam po raz kolejny. Miałam ciekawy zwyczaj przeklinania po japońsku w sytuacjach kryzysowych.
Całe szczęście, że moja mini armia zdążyła się ogarnąć i przybyć mi na ratunek, spryskując widmo płynem do mycia okien, zanim zdążyło zrobić mi krzywdę. Niewiele to dało, ale element zaskoczenia wystarczył. Udało mi się uniknąć przebić szablą.
Starając się nie zostać szaszłykiem, kątem oka zauważyłam, że Kacper wyciąga z kieszeni nieduże urządzenie, przypominające krótkofalówkę.
– Anthony, przyzywam cię! – krzyknął.
W tym momencie przez drzwi prowadzące do szatni, na salę wleciał mały robocik, zwany zapewne Anthony. Pomalowany, by wyglądał jakby ktoś ubrał go w smoking, przypominał raczej lokaja, a nie zaawansowaną broń przeciwko duchom.
– Yes, my lord? – przemówił cichym, grubym głosem.
– Anthony, mamy problem. Aktywuj laser przeciwektoplazmowy.
Patrzyłam z szeroko otwartymi oczami jak Anthony okręca się par razy wokół własnej osi, a potem jedną z swoich malutkich rączek zamienia w działko laserowe co najmniej swojej wielkości.
I niestety w tym miejscu nastąpiło rozczarowanie stulecia. Wystrzelona przez naszego obrońcę cieniutka wiązka lasera, wystarczyła tylko i wyłącznie na wyparowanie Juliusza Cezara. Potem Anthony wydał z siebie serię bliżej nieokreślonych zgrzytów i spadł na podłogę.
– Niestety to działa tylko raz – westchnął Denis.
– Na co czekacie?! – wydarł się naukowiec. – Zabijcie ich wreszcie!
Czyli powtórka z rozrywki. Złapałam się za głowę.
Luna wreszcie skończyła uwalniać resztę z więzów i nasza siatkarska armia była kompletna. Co prawda odświeżacze powietrza Brief ładnie pachniały, ale za to bronią były jako taką, więc moja brygada ratunkowa na niewiele się zdała. Ale, całe szczęście, byliśmy na Arenie, tuż po meczu siatkówki. A to oznaczać mogło tylko jedno – piłki!
Zaczynając od Bieńka, który był najbliżej piłek, przez każdego kolejnego siatkarza, który się nawinął – kolorowa piłka do siatkówki przelatywała nad naszymi głowami, podana idealnie sposobem górnym.
Koniec końców dotarła do mnie, czyli do końca kolejki. Oparłam się na mojej wiedzy z zakresu siatkówki, która, jakby nie patrzeć, jest pojęciem abstrakcyjnym i uderzyłam okrągły przedmiot zanim zaliczył bolesne spotkanie z moją twarzą. Sposobem własnego autorstwa – bocznym. Wygięłam sobie ramię, przywaliłam nadgarstkiem i wprawiłam piłkę w ruch obrotowy, ale nadal mimo wszystko trafiłam naukowca prosto w sam środek twarzy.
On potknął się, zatoczył i – co nie wiem jakim cudem się wydarzyło i było, szczerze powiedziawszy, strasznie zabawne – zaliczył glebę. Korzystając z jego momentu nieuwagi rzuciłam kusarigamę do Luny. Jakoś udało jej się złapać broń nie pozbawiając się palców. Potem mrugnęłam a ona – dzięki niech będą wszystkim płazińcom tego świata – zrozumiała. Pomknęła w stronę machiny do wysysania życiowej esencji. Była najbliżej i wierzyłam w nią – była moją przyjaciółką, nie takie już rzeczy przeżyła.
Wskoczyła na platformę i przez chwilę przyglądała się urządzeniu z głupią miną. Potem stwierdziła, że nie zamierza się tym przejmować, chwyciła pewniej moją kusarigamę i wbiła ją z całej siły w ekran. Natychmiast z wysysaczki esencji życiowych wystrzelił niebieski promień – ale nie w nas, w duchy, które wrzasnęły rozpaczliwie jeden ostatni raz i wyparowały.
Już miałam podbiec i jej pogratulować, ale w tej samej chwili Anthony wydał z siebie serię klikających dźwięków.
– AUTODESTRUKCJA : WŁĄCZ – oznajmił.
– Co to…? – zaczęłam formułować pytanie, ale w tej samej chwili Kacper i Denis rzucili się do przodu, wypychając wszystkich z pomieszczenia.
– Wiać! – wrzasnęli łowcy.
Kiedy już wybiegliśmy z Areny, odważyliśmy się zatrzymać. Spojrzałam na łowców duchów.
– Powariowaliście? – zapytałam.
– Anthony to wynalazek Kacpra. A one zawsze… – nie musiał dokańczać, bo doskonale wiedziałam, co zawsze się dzieje z wynalazkami Kacpra. A poza tym dokończyć nie mógł, bo przerwał mu huk eksplozji i słup ognia za naszymi plecami.
Dokładnie. One zawsze wybuchały.
Właśnie wysadziliśmy w powietrze Tauron Arenę.

*Kuso, czyli najzwyczajniej w świecie cholera po Japońsku

Okej, dorwałam się do bloga i wyjaśnię kilka rzeczy. Poza dopiskiem u góry muszę też nadmienić, że kusarigama wygląda tak. A piosenka, którą śpiewałam ruszając do boju nie jest, pod żadnym pozorem, mojego autorstwa. Po prostu jest to mój ulubiony zespół i uznałam, że ten tekst pasuje do ataku na (czteroosobową) armię duchów. W każdym razie praw autorskich nie posiadam. Oto link do oryginału. 
I to chyba na tyle. 
~Rachel

czwartek, 10 marca 2016

Siatka, płazińce i Napoleon - czyli jak bardzo zryta jest psychika Luny



Witam was wszystkich! Po dość długiej przerwie w końcu przybywam z nowym opowiadaniem. Jest ono niestety dość dziwne i sama nie wiem, co na jego temat mogę powiedzieć. Dopadła mnie choroba, leżę i nudzę się w łóżku, po raz setny oglądając te same wywiady z siatkarzami. A że takie nic nie robienie nie działa zbyt dobrze na mój umysł, więc postanowiłam coś napisać. Opowiadanie z naszą reprezentacją chodziło mi po głowie już od jakiegoś czasu, ale dopiero po dodaniu do tego wielkiego, sportowego kotła twórczość Rachel i moich łowców, wykrystalizowała mi się fabuła. Mam nadzieje, że mnie za nią nie zabijecie.
Zapraszam do czytania.
Luna

PS Scenę ze spadaniem na linie napisała Rachel i to już jakiś czas temu. Ja, przy najmniejszej próbie lądowałam na podłodze, chichrając się opętańczo.
PPS Opowiadanie to nie ma na celu nikogo obrazić – jest po prostu wytworem mojej chorej wyobraźni.


Jak doprowadziłam do zniknięcia polskich siatkarzy, a Rachel zniszczyła psychikę Stephana Antigi Cz.1



Ogólnie rzecz biorąc pomysł, by wysłać mnie i Rachel na mecz był głupi. Nawet bardzo głupi. Po pierwsze – obie byłyśmy nie do końca dorosłe. Po drugie – nasza psychika, wypełniona duchami produktów mlecznych, różnorakimi pasożytami o dziwnych imionach i nieśmiałymi, niekochanymi paprotkami, prezentowała obraz nędzy i rozpaczy.

Dlatego też nadal nie wiem, co odbiło mojemu tacie i dwa z trudem zdobyte bilety na memoriał Wagnera podarował mnie i mojej towarzyszce w okradaniu pracowni chemicznej. Przyjęłam je z radością, bo siatkówkę kochałam, wielbiłam, bycie zaś na pojedynku Mistrzów Świata z jakimś bliżej nieokreślonym krajem, było moim marzeniem od dni dawnych.  A Rachel po prostu się do tego marzenia dokooptowała.

Siedziałyśmy więc razem na trybunach, obydwie ubrane w przepisowe biało-czerwone koszulki, czekając na czwarty, miałam nadzieję ostatni, set. Wyglądałyśmy w miarę normalnie, całe szczęście udało mi się powstrzymać przyjaciółkę przed wzięciem ze sobą katany (a przynajmniej trzymaniem jej na widoku), a ja jedynie wpięłam w kucyka gruby marker i przytargałam ze sobą olbrzymi kalendarz z portretami siatkarzy. W końcu szansa na zdobycie ich autografów przytrafia się wyjątkowo rzadko.

– To jeszcze raz – zaczęła Rachel, przykładając do oczu lornetkę. – Jak oni się nazywają?

Westchnęłam głęboko i po raz setny zaczęłam powtarzać tą samą formułkę.

– Ten najwyższy, zarośnięty to Marcin Możdżonek, dwa metry dwanaście centymetrów opanowania. Obok niego papużki nierozłączki, czyli duet Kłos i Wrona. Dalej libero Paweł Zatorski i kapitan Michał Kubiak. Reszty nie rozpoznam, jedyną lornetkę zabrałaś, to się teraz sama baw w zgaduj–zgadula.

– A tych jak rozpoznałaś?

– Trochę po wzroście, trochę zgadywałam – wzruszyłam ramionami. Rachel spojrzała na mnie jak na wariatkę, po czym wepchnęła mi w ręce lornetkę.

– A ci dwaj, co malują po tych fajnych tabliczkach i mają do dyspozycji magiczne pisaki?

– Stephane Antiga i Philippe Blain, trenejrzy naszej kochanej repry.

– Stephane? – Rachel popatrzyła na mnie zdumiona, po czym uśmiechnęła się. Ale nie tak normalnie, tylko chytrze, przebiegle, uśmiechem godnym niejednego psychopaty.

Trochę się przeraziłam. Z doświadczenia wiedziałam, że jeśli na twarzy mojej towarzyszki pojawia się taki uśmiech, to zwykle nie kończy się to dobrze dla świata zewnętrznego. Na razie jednak postanowiłam nie zaprzątać sobie umysłu jej pomysłami.

Zaczął się czwarty set, a mnie całkowicie pochłonęło kibicowanie. Wykrzykując różne hasła, śpiewając przyśpiewki i ogólnie tracąc poczucie rzeczywistości, nie zauważyłam nagłego zniknięcia Rachel. I to był podstawowy błąd jaki popełniłam.

Po wygranym meczu zbiegłam szybko z trybun i stanęłam za bandami, by jak najszybciej zdobyć autografy siatkarzy. Wokół mnie zaczął się gromadzić całkiem spory tłum – wszyscy czekali, aż zawodnicy skończą rzucać się na siebie, przytulać i obejmować się w nieokiełznanym tańcu radości.

Nagle z sufitu spadła lina. Za liną spadło ciało, należące do wysokiej dziewczyny w czarnym stroju ninja z kataną na plecach. Gdzieś tak metr nad ziemią odczepiła się od liny, spadając z hukiem i zarywając nosem o parkiet. Jednak natychmiast się podniosła, ściągając maskę i szczerząc się psychodelicznie.

Spojrzałam na nią i złapałam się za głowę. Rachel, co ty odwalasz?! Nawet nie traciłam czasu na zastanawianie się, gdzie ona upchnęła wcześniej ten strój ninja. 

– Płaziniec Stefan! – krzyknęła radośnie. Następnie rzuciła się do przodu, uwieszając się trenerowi polskiej reprezentacji siatkówki na szyi. Ludzie wokół boiska zamarli, a ja miałam nadzieję, że nikt nie aresztuje jej za próbę zamachu. Serio, nie miałam ochoty tłumaczyć się w francuskiej ambasadzie, ministerstwie spraw zagranicznych, sportu i innych instytucjach, dlaczego moja przyjaciółka zaatakowała biednego Antigę.

Sam trener wyglądał dość… ciekawie. Stał mocno zdziwiony, z szeroko otwartymi oczami, nawet nie próbując odpędzić się od natręta. Bardziej interesowało go, żeby nie dostać przypadkowo kataną w oko. Miny nie do końca inteligentne mieli zresztą pozostali członkowie sztabu, a także zawodnicy. Chyba nikt nie wiedział, o co chodzi.

– Rachel! – krzyknęłam, przeskakując przez bandy. Byłam jedyną osobą, która już otrząsnęła się z szoku.

Moja przyjaciółka wreszcie odczepiła się od biednego Antigi i poprawiła swoje potargane po upadku włosy.

– Okej, Stefan – powiedziała, otrzepując z niewidzialnych pyłków materiał. – Uważaj na Antoniusza i Holmesa, strzeż się policji Jelitowej i ogólnie nie daj się zapuszkować.

Wyciągnęła z kieszeni granat dymny i już chciała efektownie zniknąć, kiedy złapałam ją za rękaw czarnego wdzianka, zabrałem materiał skrajnie wybuchowy i mimo protestów zaczęłam ciągnąć w stronę w stronę wyjścia. I nici z autografów!

– Co to miało być? – zapytałam, kiedy w końcu znalazłyśmy się na korytarzu. Na razie nie chciałam jeszcze całkowicie opuszczać hali – miałam zupełnie inny plan.

– Ludzka wersja naszego kochanego płazińca – dziewczyna znów się wyszczerzyła. – Nie mogłam przegapić takiej okazji.

Wzniosłam oczy ku niebu i w myślach poprosiłam o anielską cierpliwość. Ta ludzka już mi nie wystarczyła.

– Jak tylko skończą się wywiady – zaczęłam, rozglądając się by określi ilu kibiców już wybyło z stadionu – pójdziesz do nich, zrobisz słodkie oczy, wyjaśnisz całą sytuację i przeprosisz trenera. Biedaczek jeszcze nabawi się kompleksów, przez porównywanie do jakiegoś pasożyta. A założę się o czekoladę, że chłopaki szybko mu uświadomią co oznacza płaziniec.

Rachel przewróciła oczami, burknęła pod nosem jakieś japońskie przekleństwo, ale zgodziła się by wykonać zadanie. Zaczekałyśmy aż hala w miarę opustoszeje, po czym wybrałyśmy się pod szatnie siatkarzy by złożyć im wizytę.

Chyba tylko cudem udało nam się pokonać większość trasy bez zostania zatrzymanymi. Dopiero pod samymi drzwiami zaliczyłam niekontrolowane zderzenie z wyrośniętym osobnikiem w biało–czerwonej koszulce.

– Przepraszam pana – powiedziałam szybko, odskakując do tyłu i spoglądając do góry, by zidentyfikować ofiarę mojej ślepoty.

– Nic się nie stało – odpowiedział Marcin Możdżonek, patrząc na naszą dwójką z zaciekawieniem. – To wyście zrobiły tą rozróbę na boisku.

– Ta… – pokiwałam głową, jednocześnie delikatnie kopiąc Rachel w kostkę. – My właśnie w tej sprawie…

– Chciałyśmy wszystko wyjaśnić i przeprosić za moje nie do końca normalne zachowanie – Moja przyjaciółka szybko się ogarnęła, zrobiła najbardziej skruszoną minę na jaką było ją stać i teraz starała się jakoś przekonać, że jej zamiary są całkowicie pacyfistyczne.

Środkowy podrapał się po swojej zarośniętej łepetynie, po czym wykonał jeden długaśny krok w tył i ruchem ręki otworzył drzwi do szatni.

– Szanowne panie – zaprosił nas do środka, kłaniając się nisko. A ja i tak nie mogłam spojrzeć mu w oczy! Foch z przytupem i melodyjką.

W szatni był cały sztab i wszyscy zawodnicy, powoli zbierający się do opuszczenia hali. Patrzyli na nas zdumieni, nie wiedząc co powiedzieć. Już po raz drugi w tym dniu. Mamy bardzo pozytywny wpływ na całą drużynę, nieprawdaż? 
– Dzień dobry – przywitałam się kulturalnie, próbując jakoś zacząć rozmowę. – Przyszłyśmy tutaj by spokojnie wyjaśnić dziwną sytuację jaka miała miejsce po meczu.

– Ja bardzo trenera przepraszam – pałeczkę szybko przejęła Rachel. – To wszystko przez moją nieokiełznaną wyobraźnię i program edukacji w zakresie biologii… – moja przyjaciółka dokładnie opowiedziała całą historię, jak to stworzyła swoją ukochaną postać, płazińca Stefana i jak napisała o nim opowiadanie i jak bardzo to wszystko było dla niej ważne. Wyglądała przy tym na tak smutną i skruszoną, że nawet ja się wzruszyłam. Co tu dużo mówić – Rachel była po prostu doskonałą aktorką.

– Wybaczy mi trener? – moja przyjaciółka spojrzała na Antigę najbardziej płaczliwym wzrokiem, na jaki było ją stać.

– Wybiacię, wybiacię – uśmiechnął się Francuz, a ja z trudem powstrzymałam się by nie wybuchnąć śmiechem. Słuchanie jego akcentu w telewizji, a na żywo, było jak jedzenie czekolady, a oglądanie jej na obrazku.

– To my się już może oddalimy. Zanim coś zdetonujemy, albo doprowadzimy do ogólnej zagłady. Do widzenia! – wyszczerzyłam się szeroko, odwróciłam na pięcie po czym chwyciłam za klamkę, by otworzyć drzwi.

Ale drzwi miały zupełnie inne plany. Bardzo boleśnie potraktowały mnie prądem, co doprowadziło do tego, że w ciągu sekundy znalazłam się po drugiej stronie szatni, nieogarnięcie machając rękami. Siatkarze popatrzyli na mnie jak na wariatkę, a Kubiak spróbował sam otworzyć drzwi.

Jego też poraziły. Żeby nie było, że udawałam.

– Co jest? – kapitan wyglądał na totalnie zdezorientowanego. Zresztą tak, jak wszyscy w pomieszczeniu. Zawsze wiedziałam, że przynoszę pecha, ale nigdy nie myślałam, że zdarzy mi się kiedyś zamknąć polskich siatkarzy na hali.

Ktoś ze sztabu zaproponował by spróbować wyjść przez trybuny. Wszyscy zgodzili się na ten pomysł i jak jeden mąż, dzierżąc swoje rzeczy, pomaszerowali na boisku, a my za nimi. Tam niestety czekała na nas kolejna niespodzianka, skwitowana przez drugiego trenera ciekawym, francuskim przekleństwem, którego nie znałam.

Nad naszymi głowami unosiło się niebieskie pole siłowe. Takie z prawdziwego zdarzenia, mające chyba z dziesięć metrów wysokości i obejmujące całe boisko, skutecznie odgradzając je od wszystkich trybun i wyjść. Świeciło delikatnym blaskiem, jakby ktoś zamontował na nim milion lampek choinkowych. Było zarazem piękne, jak i przerażające.

– Łał – wyszeptała Rachel, a jaj jej potulnie przytaknęłam. Inni zareagowali podobnie. To było po prostu niesamowite.

Przez kolejne parę minut wszyscy dokładnie przebadali kopułę, sprawdzając jak działa i czy ma jakieś słabe punkty. Nie miała. Za każdym razem kiedy ktoś próbował jej dotknąć, kopała prądem i wyrzucała danego osobnika daleko w tył.

– Co to ma być? – zdenerwował się Bartosz Kurek, kiedy po raz któryś oberwał elektrycznością. Spojrzałam niepewnie na Rachel, w duchu mając nadzieję, że to jej kolejny dziwny pomysł i zaraz zaśmieje się psychodelicznie, wymachując na wszystkie strony kataną.

Nie zrobiła tego.

– Ja nie mam z tym nic wspólnego – powiedziała, podnosząc ręce w obronnym geście. – Chyba nie myślisz, że byłabym zdolna do…

Nie dowiedziałam się jednak do czego byłaby zdolna. W tym momencie tuż pod jej nogami, a także pod nogami Kurka, Bieńka, Wrony i Możdżonka  otworzyła się ogromna czarna dziura. Cała piątka prawa fizyki znała, więc potulnie wpadli do środka, krzycząc przy tym przeraźliwie (siatkarze) lub śmiejąc się opętańczo (Rachel).

– Andrew! – przeraźliwy krzyk Kłosa poniósł się po całej hali, gdy ten opadł na kolana w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał jego przyjaciel. – Nie zostawiaj mnie, nie zostawiaj mnie samego w tym cyrku!

Z trudem powstrzymałam się przed odstawieniem podobnej scenki. Przecież zniknęła Rachel, moja Rachel. Owszem, zdarzało się, że mnie denerwowała, doprowadzała do białej gorączki i czasami przez nią byłam bliska ewakuacji na Syberię, ale tak naprawdę nie byłam wstanie żyć bez jej chorych pomysłów.

– Trzeba było nie wtryniać się na imprezę duchów – wszyscy jak na zawołanie spojrzeliśmy odwróciliśmy się, próbując zidentyfikować właściciela szyderczego głosu.

Na podwyższeniu dla prasy, ubrany w obowiązkowy mundur, stał Napoleon Bonaparte we własnej osobie.

A za nim, związani grubymi linami, siedzieli, dobrze mi znani, dwaj mężczyźni w goglach i kremowych kombinezonach.

Kacper i Denis.

Denis i Kacper.

Łowcy duchów. 


Teraz dla tych co nie orientują się w siatkówce na tyle, by dokładnie zrozumieć sens wypowiedzi Rachel.

[Źródło]
Płaziniec Stefan 
(Stephane Antiga)














[Źródło]

Naczelny Tasiemiec Antoniusz
(Antonin Rouzier) 














Detektyw Pasożyt Holmes 
[Źródło]
(Russell Holmes)















I teraz powiedzcie mi kto kogo kopiuje - Rachel siatkarzy, czy siatkarze Rachel?