Przed wami kolejne opowiadanie mojego autorstwa. Tym razem jest to coś lekkiego, nie zawiera żadnego morału i jest efektem zbyt długich dyskusji na temat wybuchających pudli. tekst jest powiązany z wyzwaniem Kreatywne Spojrzenie. Wyzwanie polega na napisaniu opowiadania, zawierającego trzy podane wcześniej słowa. Hasła na ten miesiąc to: duch, ściąga i mleko.
Zapraszam do czytania.
Duch w szklance mleka
Nóż był srebrny z prostą drewnianą rączka. Zielona maź skapywała z tępego ostrza, kiedy Denis oglądał go z uwagą. Jego kręcone blond włosy malowniczo badały poziom kurzu na spodzie podwieszonej nad stołem półki.
– I ten facet próbował tym zabić ducha? – prychnął Kacper, opierając się o kuchenny stół.
– Nie każdy ma pod ręką przenośny wciągacz ektoplazmy –
odpowiedział Denis, nie odwracając wzroku od narzędzia zbrodni. Jego przyjaciel
uśmiechnął się pod nosem po czym wyjął z kieszeni nieduży długopis, nakierował
go na nóż i wciągnął całą substancje.
– Ja mam. – Kacper uśmiechnął się chytrze, rzucając urządzenie
w kierunku kumpla. Ten sprawnie je chwycił i przyglądnął mu się z uwagą.
– Skoro jesteś taki inteligentny, to teraz mi powiedz jak
wydobędziesz ze środka mój dowód?
Kacper uśmiechnął się przepraszająco, prawą dłonią jeszcze
bardziej rozczochrując swoje ciemnobrązowe włosy. Od wysłuchiwania kazania ze
strony przyjaciela, ocalił go natarczywy dzwonek do drzwi.
– Ja otworzę – powiedział szybko, unikając potępiającego wzroku
kumpla.
W progu stał około pięćdziesięcioletni mężczyzna z mocną
nadwagą. Miał czerwoną od złości twarz, małe świńskie oczka i sumiasty czarny
wąs. Przepchnął się obok Kacpra i bez żadnego przywitania wszedł do kuchni.
– Czy szanowny sąsiad może mi wyjaśnić co to jest?!– zapytał
wymachując koszulką pokrytą jakąś zieloną mazią. Denis przyjrzał się dokładnie
materiałowi.
– Obstawiam, że to galaretka agrestowa. – Musnął palcem
substancje i spróbował ją ostrożnie. – Nie, jest jabłkowa. Ubrudził się pan,
panie Ćmiński, podczas jedzenia deseru? A może dzieciaki dwa piętra wyżej, bawiły
się w rzucanie jedzeniem? Chyba nie myślał pan, że to ektoplazma.
Pan Ćmiński wyglądał jakby zaraz miał malowniczo wybuchnąć.
Wymamrotał pod nosem parę mało parlamentarnych epitetów po czym opuścił mieszkanie
nie żegnając się z nikim.
– Powiesz mi wreszcie, dlaczego ten facet się na ciebie
uwziął? – zapytał Kacper, kiedy do ich uszu dotarło głośne trzaśniecie
drzwiami. – Co cię odwiedzam, on zawsze czegoś chce.
Denis westchnął głęboko po czym wyjaśnił:
– Na spotkaniu mieszkańców u takiej jednej starszej pani,
wylałem na niego herbatę, a potem zaproponowałem sernik z bitą śmietaną ukrytą
w środku. Facet ma dużą nietolerancje laktozy i trochę źle zniósł ten deser. To
taki typ co zawsze musi się na kogoś uwziąć. Stwierdził, że zrobiłem to specjalnie
i teraz obwinia mnie o wszystko co mu się przytrafi.
Kacper pokiwał głową i chwycił wcześniej badany nóż, by przyjrzeć
mu się dokładnie. Prze chwilę obracał go w ręku, zastanawiając się nad czymś.
– Dawno nie mieliśmy żadnego zlecenia… – zaczął, nie patrząc
na kumpla. Nie musiał kończyć – Denis doskonal wiedział o co mu chodzi.
– Tak, bierzemy tę robotę.
***
Stali przed niedużym domkiem z czerwonej cegły na
warszawskiej Pradze. Stare okna pokryte były brudem, a wysokie chwasty zarosły
nieduży ogródek. Jedynie blade światło prześwitujące przez szybę na piętrze,
wskazywało na obecność kogoś w środku.
– Duch ogląda telewizje? – Kacper zmrużył oczy, próbując coś
wypatrzeć. Stojący obok Denis, kulturalnie zignorował jego uwagę i mocno walnął
dłonią w urządzonko wielkości niedużego telefonu, które wykrywało wszelkie
zjawiska paranormalne.
– Cholerstwo, znowu się zepsuło – prychnął. Ze względu na
„drobną” dziurę w budżecie, często korzystali z tego co wynalazł Kacper.
Wyjątkowo często te wynalazki wybuchały im przed nosami, wywoływały małe
huragany albo ściągały z innego wymiaru jakiegoś niekulturalnego dżina.
W tym momencie ekran zadrżał obiecująco i na ekranie
pojawiła się mała czerwona kropka.
– Widzisz?! Działa! – Kacper uśmiechnął się triumfalnie,
poprawiając opadające na twarz gogle. Jego kolego przewrócił tylko oczami po
czym odwrócił się na pięcie.
– Idę po sprzęt, postaraj się przez ten czas nie doprowadzić
do końca świata – powiedział, odchodząc w kierunku, stojącego na końcu ulicy
rozklekotanego malucha.
Denis wrócił parę minut później. Ciągnął za sobą dwie butle z
tlenem, do których ktoś przyczepił rury od odkurzacza. W zębach trzymał niedużą
cieniutką książeczkę. Siłą wepchnął jedną z maszyn Kacprowi, po czym, krztusząc
się przeraźliwie, wypluł okładkę.
– Po co ci to? – zapytał Kacper, zakładając na plecy łapacz
ektoplazmy. – Masz zamiar walnąć tym ducha w łeb?
– To ściąga –
odpowiedział Denis. – Czasami warto skorzystać z pomocy profesjonalistów.
– Twierdzisz, że nie jesteśmy profesjonalistami? – prychną
drugi łowca, nie odrywając wzroku od swojego łapacza duchów.
W tym momencie urządzonko zacharczało niezdrowo i wypluł z
siebie kłąb kurzu, pokrywając całą twarz Kacpra malowniczą warstwą szarych
nieczystości.
– Żyję! – zawołał, krztusząc się pyłem.
– Niestety – mruknął Denis. Kacper chyba tego nie usłyszał,
bo jak gdyby nigdy nic, przetarł rękawem koniec rury, nasunął na brązowe oczy
gogle i płynnym krokiem podszedł do zardzewiałej furtki. Od dawna nieużywane
zawiasy zaskrzypiały przeraźliwie.
Denis podążył a nim mrucząc pod nosem jakieś nie do końca pozytywne
określenia.
Powoli weszli do środka. Zapach stęchlizny i kurzu drażnił
ich węch, a nieprzyjemna pleśń pokryła wyblakłą, zieloną tapetę. Po chwiejących
się drewnianych schodach, weszli na piętro. Trafili do sporego pomieszczenia,
które stanowiło całość tego poziomu. Pod sufitem migotała zakurzona żarówka, a
jedynym meblem w pokoju był nieduży stół na środku.
Na stole stała czysta szklanka świeżego mleka.
– Miał być duch, a nie dżin? – zdziwił się Kacper, ostrożnie
podchodząc do blatu. Denis prychnął z
dezaprobatą, zastanawiając się dlaczego on jeszcze pracuje z tym nie ogarniętym
kretynem.
– A o duchach w jedzeniu to przeczytać się nie chciało? –
Odepchnął swojego kompana na bok i pochylił się nad szklanką.
I w tym momencie doznał wstrząsu całego układu nerwowego.
– BUUUUUU! – Przed nimi pojawił się całkiem sporu, biały
duch. Wyglądał jak podręcznikowy przykład prawdziwego straszydła. Miał bliżej
nieokreślony kształt rozcapierzonego prześcieradła w kolorze mlecznobiałym. W
nieco bezkształtnej ręce trzymał kawałek papieru. – Strzeżcie się mnie nędzni
śmiertelnicy! Jam jest duch wszelkich produktów mlecznych! Jeśli nie opuścicie
tego miejsca, przeklnę wasz pokarm!
Przez cały czas kiedy dziwny związek ektoplazmy próbował ich
wystraszyć, łowcy stali jak wryci nie do końca wiedząc czy śmiać się czy
płakać. Nigdy w całej swej pokręconej karierze, nie spotkali się z tak
nieudolną próbą nastraszenie kogokolwiek. Obydwaj, mimo sporej różnicy
charakterów, w tym momencie czuli się jak w jakimś kiepskim programie z ukrytą
kamerą.
– Dlaczego nie uciekacie, piszcząc jak małe dziewczynki? –
zapytało straszydło, widząc nie do końca zrozumiałą reakcje łowców.
– Wiesz, może nikt ci tego nie mówił, ale nie jesteś
straszny – odezwał się w końcu Kacper, uśmiechając się przepraszająco. Duch
popatrzył na niego, potem na kartkę po czym znowu na łowcę.
– A niby co robiłem nie tak? – zapytał ze złością. –
Wyskoczyłem znienacka? Wyskoczyłem! Zawyłem przeraźliwie? Zawyłem! Zagroziłem
klątwą? Zagroziłem! Co jeszcze mam zrobić by wyrobić normę straszenia!? – Duch zachlipał
przeciągle.
Denis zmarszczył czoło i zamyślił się na chwilę, próbując
przyswoić otrzymane informacje. Duch, który nie wyrobi normy strasznie zwykle
staje przed sądem straszydeł. A tego żaden nadprzyrodzony byt nie chce. Nawet
łowcy wiedzieli o czymś takim i gdy natrafiali na jakiegoś niewyrobionego
ducha, starali się znaleźć mu miejsce gdzie będzie mógł w spokoju swoją normę
wyrobić, nie robiąc przy tym nikomu krzywdy. Tylko gdzie można umieścić ducha
produktów mlecznych?
I nagle wpadł na pewien pomysł. Dlaczego nie wykorzystać
takiego straszydła do wyrównania warunków?
– Ej, nie płacz tak, bo nas utopisz w ektoplazmie –
powiedział uśmiechając się chytrze.
***
Jakiś czas później, spacerując po osiedlowych alejkach,
Denis miał okazje spotkać pana Ćmińskiego. Nie widział swojego sąsiada już od
paru tygodni, ale ta sytuacja jakoś bardzo mu nie przeszkadzało. Zresztą
doskonale wiedział co było przyczyną zaniknięcia wizyt mężczyzny w mieszkaniu
młodzieńca.
– Dzień dobry, proszę sąsiada. Jak sąsiadowi mija dzień? –
Chłopak uśmiechnął się niewinnie. Ćmiński spojrzał na niego podkrążonymi
oczami. Wyglądał jakby od wielu dni nie zmrużył oka.
– Wyprowadzam się – powiedział zachrypniętym głosem. –
Mleko, prześladuje mnie mleko – wyszeptał jeszcze jakby do siebie po czym
odszedł w bliżej nieokreślonym kierunku.
Norma straszenia wyrobiona.