Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawładnąć światem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawładnąć światem. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 maja 2017

Kot Apoloniusz i sens życia

Witam serdecznie wszystkich tych, którzy jakimś cudem się tutaj znaleźli! 
Jak zapewnie się domyślacie ( albo i nie), po bardzo długiej nieobecności, postanowiłam wrócić/ reaktywować/ wyciągnąć z Tartaru tego bloga. Robię to po dość spontanicznym, ale dokładnym przeanalizowaniu sytuacju i chwilowo bez wiedzy Rachel ( sorry Rache!).
Na pierwszy ogień postanowiłam przedstawić wam to, co powstało na zeszłorocznym obozie literackim. Jest krótkie, zwięzłe i stanowi dobrą rozgrzewkę przed dłuższymi pracami.
Panie i Panowie, kot Apoloniusz i sens życia!
~Luna
P.S Jeśli jesteś tu nowy - witam jeszcze raz! Jeśli nie - dziękuję, że nie spisałeś mnie jeszcze na straty.
P.S.S Rachel może też nawiedzi was w przyszłości. 

Kot Apoloniusz i sens życia

Życie kota Apoloniusza ograniczało się do jednego podstawowego zajęcia:
Znaleźć żarełko.
Krążąc sobie w swoim połatanym skafandrze kosmicznym po różnorakich planetach i planetoidach, sprawdzał porzucone stacje kosmiczne i wahadłowce, w poszukiwania czegoś nadającego się do spożycia.
Przetrząsając jedno z takich miejsc zdarzyło się tak, że trafił do ciemnego i prawie pustego magazynu. Prawie pustego bo na samym jego środku leżał sobie błyszcząca lampa. Lampa była nieduża, trochę przykurzona i wydawała się być wyjątkowo… samotna.
Apoloniusz zignorowałby ją całkowicie ( w końcu lampki jadalne nie są), ale w tym momencie przedmiot zaczął drgać, kiwać się na boki i wydawać z siebie dziwne syknięcia. Zaintrygowany nietypowym zachowaniem kot, podszedł bliżej po czym niepewnie szturchnął lampę łapą. Zrobił to raz, a potem jeszcze jeden i w tym momencie lampa rozbłysła tęczowym światłem podniosła się gwałtownie do góry, zawirowała w powietrzu i… zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu.
Zamiast tego w jej miejscu pojawiło się biurko. Ale nie takie nowoczesne, metalowe, biurowe, ale stare drewniane. Dodatkowo posiadało ono parę oczów na nogach, szeroki uśmiech i przyczepione do blatu sombrero.
– Witaj! – krzyknęło, podlatując do Apoloniusza. – Czy wybierzesz się ze mną na wyprawę do starej świątyni istnienia, by pod wielkim stołem znaleźć swój sens życie.
– Y…. co? – Reakcja kota była nadzwyczaj entuzjastyczna.
– Każdy musi znaleźć swój sens życia! Po to żyjemy! – Stół podleciał wesoło pod sam sufit. – Ogólne to Carlos mnie zwą! – przedstawił się. – W teorii to dżinem jestem, ale nie spełniam życzeń, tylko pomagam istotom w metryce żywym odnaleźć sens ich egzystencji.
– Aha – skwitował cały wywód Apoloniusz.
– Uznam to za aprobatę dla mojego wspaniałego pomysłu. – Carlos jeszcze raz podleciał do kota położył jedną ze swoich nóg na jego ramieniu i wrzasnął. – Zmiana położenia cząsteczek molekularnych ciała!
Świat wokół nich zawirował. Apoloniusz stracił przytomność.
***
Obudził się w jakimś ciemnym i zimnym pomieszczeniu. Wszystko go bolało, jego sierść była cała mokra i nie miał na sobie ochronnego skafandra.
Przekręcił się na drugi bok, by lepiej zidentyfikować pomieszczenie, ale ku swojemu przerażeniu to co zobaczył tuż przy swoim pysku był wielki wytrzesz Carlosa i jego psychodeliczny uśmiech.
– Witam w świątyni! – zawołał rozradowany, znów unosząc się kilka metrów nad ziemią. – Dobrze, że odzyskałeś świadomość. Nieprzytomny nie mógłbyś znaleźć swojego sensu, a ja straciłbym robotę.
– Jak widzisz, jestem teraz świadomy tego, że wyteleportowałeś mnie w jakieś bliżej nieokreślone miejsce. Dziękuję bardzo, ale chcę do domu – powiedział z wyrzutem Apoloniusz.
– Przecież ty nie masz domy – stwierdził nadal rozradowany Carlos.
Kot przewrócił oczami z irytacją i podniósł się z ziemi.
– W takim razie odstaw mnie do jakiegoś większego miasta – zażądał, otrzepując sierść z kurzu.
– Najpierw staniesz pod naczelnym stołem! – nakazał Carlos po czym nacisnął przyczepiony do ściany przycisk.
Pomieszczenie, w którym się znajdowali zadrżało, a później zaczęło powoli podjeżdżać do góry. Sufit rozsunął się, a oni znaleźli się w ogromnym, bogato zdobionym pomieszczeniu. Ściany pokryte były złotymi gobelinami, a nad ich głowami wznosił się olbrzymi, srebrny stół, mający co najmniej dwadzieścia metrów wysokości.
– O wielki stole istnienia! – krzyknął Carlos i pewne gdyby miał kolana to na nie by upadł. – Przyprowadzam pod ciebie tego oto przedstawiciela Felis Catus, byś pokazał nam jego sens istnienia!
Zamilkł, czekając na odpowiedź. Nie uzyskał jej jednak. Wielki stół milczał.
– E… najwyższy stole? – zapytał niepewnie.
Nagle cała sala zaczęła się trząść, z sufitu spadały kawałki tynku, od ścian odrywały się gobeliny i lampy, wszystko wyglądało jakby zaraz miało się zawalić.
Przerażony Apoloniusz zrobił gwałtowny zwrot w tył i ile sił w płucach, pognał w kierunku majaczących  na horyzoncie drzwi. Słyszał jak za nim Carlos krzyczy i prosi go b został, by znalazł swój sens, ale on miał to w tamtym momencie głęboko gdzieś. Prześlizgnął w luce między drzwiami i wypadł na zalaną światłem polanę. Musiał być na jakiejś planecie, bo kątem oka dostrzegł wiszące wysoko na niebie dwa słońca.
Dopiero kiedy był pewny, że jest bezpieczny, zatrzymał się i pozwolił sobie na kilka chwil odpoczynku. To  był błąd. Już po kilku sekundach pojawił się Carlos.
– Udało ci się! – krzyknęło rozradowane biurko.
– Ale, że niby co? – Apoloniusz spojrzał na dżina jak na wariata.
– Znalazłeś sens swojej egzystencji. – Mebel wydawał się byś tym wyjątkowo podekscytowany
– Y… a jaki on jest? – Kot nadal nie wiele rozumiał.
Carlos zaśmiał się głośno.
– Ucieczka, przeżycie! To ty jesteś tym, który wieje, gdy tylko coś zepsuje, a taki ktoś zawsze musi być. Masz mega farta i zawsze wszystko uchodzi ci na sucho.
Apoloniusz zmarszczył wąsy, pomyślał przez chwilę po czym wzruszył ramionami i powiedział:
– Aha.
A potem odszedł w poszukiwaniu żarełka.


sobota, 21 listopada 2015

Duch w szklance mleka

Przed wami kolejne opowiadanie mojego autorstwa. Tym razem jest to coś lekkiego, nie zawiera żadnego morału i jest efektem zbyt długich dyskusji na temat wybuchających pudli. tekst jest powiązany z wyzwaniem Kreatywne Spojrzenie. Wyzwanie polega na napisaniu opowiadania, zawierającego trzy podane wcześniej słowa. Hasła na ten miesiąc to: duch, ściąga i mleko.
Zapraszam do czytania.


Duch w szklance mleka

Nóż był srebrny z prostą drewnianą rączka. Zielona maź skapywała z tępego ostrza, kiedy Denis oglądał go z uwagą. Jego kręcone blond włosy malowniczo badały poziom kurzu na spodzie podwieszonej nad stołem półki.
– I ten facet próbował tym zabić ducha? – prychnął Kacper, opierając się o kuchenny stół.
– Nie każdy ma pod ręką przenośny wciągacz ektoplazmy – odpowiedział Denis, nie odwracając wzroku od narzędzia zbrodni. Jego przyjaciel uśmiechnął się pod nosem po czym wyjął z kieszeni nieduży długopis, nakierował go na nóż i wciągnął całą substancje.
– Ja mam. – Kacper uśmiechnął się chytrze, rzucając urządzenie w kierunku kumpla. Ten sprawnie je chwycił i przyglądnął mu się z uwagą.
– Skoro jesteś taki inteligentny, to teraz mi powiedz jak wydobędziesz ze środka mój dowód?
Kacper uśmiechnął się przepraszająco, prawą dłonią jeszcze bardziej rozczochrując swoje ciemnobrązowe włosy. Od wysłuchiwania kazania ze strony przyjaciela, ocalił go natarczywy dzwonek do drzwi.
– Ja otworzę – powiedział szybko, unikając potępiającego wzroku kumpla.
W progu stał około pięćdziesięcioletni mężczyzna z mocną nadwagą. Miał czerwoną od złości twarz, małe świńskie oczka i sumiasty czarny wąs. Przepchnął się obok Kacpra i bez żadnego przywitania wszedł do kuchni.
– Czy szanowny sąsiad może mi wyjaśnić co to jest?!– zapytał wymachując koszulką pokrytą jakąś zieloną mazią. Denis przyjrzał się dokładnie materiałowi.
– Obstawiam, że to galaretka agrestowa. – Musnął palcem substancje i spróbował ją ostrożnie. – Nie, jest jabłkowa. Ubrudził się pan, panie Ćmiński, podczas jedzenia deseru? A może dzieciaki dwa piętra wyżej, bawiły się w rzucanie jedzeniem? Chyba nie myślał pan, że to ektoplazma.
Pan Ćmiński wyglądał jakby zaraz miał malowniczo wybuchnąć. Wymamrotał pod nosem parę mało parlamentarnych epitetów po czym opuścił mieszkanie nie żegnając się z nikim.
– Powiesz mi wreszcie, dlaczego ten facet się na ciebie uwziął? – zapytał Kacper, kiedy do ich uszu dotarło głośne trzaśniecie drzwiami. – Co cię odwiedzam, on zawsze czegoś chce.
Denis westchnął głęboko po czym wyjaśnił:
– Na spotkaniu mieszkańców u takiej jednej starszej pani, wylałem na niego herbatę, a potem zaproponowałem sernik z bitą śmietaną ukrytą w środku. Facet ma dużą nietolerancje laktozy i trochę źle zniósł ten deser. To taki typ co zawsze musi się na kogoś uwziąć. Stwierdził, że zrobiłem to specjalnie i teraz obwinia mnie o wszystko co mu się przytrafi.  
Kacper pokiwał głową i chwycił wcześniej badany nóż, by przyjrzeć mu się dokładnie. Prze chwilę obracał go w ręku, zastanawiając się nad czymś.
– Dawno nie mieliśmy żadnego zlecenia… – zaczął, nie patrząc na kumpla. Nie musiał kończyć – Denis doskonal wiedział o co mu chodzi.
– Tak, bierzemy tę robotę.

***

Stali przed niedużym domkiem z czerwonej cegły na warszawskiej Pradze. Stare okna pokryte były brudem, a wysokie chwasty zarosły nieduży ogródek. Jedynie blade światło prześwitujące przez szybę na piętrze, wskazywało na obecność kogoś w środku.
– Duch ogląda telewizje? – Kacper zmrużył oczy, próbując coś wypatrzeć. Stojący obok Denis, kulturalnie zignorował jego uwagę i mocno walnął dłonią w urządzonko wielkości niedużego telefonu, które wykrywało wszelkie zjawiska paranormalne.
– Cholerstwo, znowu się zepsuło – prychnął. Ze względu na „drobną” dziurę w budżecie, często korzystali z tego co wynalazł Kacper. Wyjątkowo często te wynalazki wybuchały im przed nosami, wywoływały małe huragany albo ściągały z innego wymiaru jakiegoś niekulturalnego dżina.
W tym momencie ekran zadrżał obiecująco i na ekranie pojawiła się mała czerwona kropka.
– Widzisz?! Działa! – Kacper uśmiechnął się triumfalnie, poprawiając opadające na twarz gogle. Jego kolego przewrócił tylko oczami po czym odwrócił się na pięcie.
– Idę po sprzęt, postaraj się przez ten czas nie doprowadzić do końca świata – powiedział, odchodząc w kierunku, stojącego na końcu ulicy rozklekotanego malucha.
Denis wrócił parę minut później. Ciągnął za sobą dwie butle z tlenem, do których ktoś przyczepił rury od odkurzacza. W zębach trzymał niedużą cieniutką książeczkę. Siłą wepchnął jedną z maszyn Kacprowi, po czym, krztusząc się przeraźliwie, wypluł okładkę.           
– Po co ci to? – zapytał Kacper, zakładając na plecy łapacz ektoplazmy. – Masz zamiar walnąć tym ducha w łeb?
– To ściąga – odpowiedział Denis. – Czasami warto skorzystać z pomocy profesjonalistów.
– Twierdzisz, że nie jesteśmy profesjonalistami? – prychną drugi łowca, nie odrywając wzroku od swojego łapacza duchów.
W tym momencie urządzonko zacharczało niezdrowo i wypluł z siebie kłąb kurzu, pokrywając całą twarz Kacpra malowniczą warstwą szarych nieczystości.
– Żyję! – zawołał, krztusząc się pyłem.
– Niestety – mruknął Denis. Kacper chyba tego nie usłyszał, bo jak gdyby nigdy nic, przetarł rękawem koniec rury, nasunął na brązowe oczy gogle i płynnym krokiem podszedł do zardzewiałej furtki. Od dawna nieużywane zawiasy zaskrzypiały przeraźliwie.
Denis podążył a nim mrucząc pod nosem jakieś nie do końca pozytywne określenia.
Powoli weszli do środka. Zapach stęchlizny i kurzu drażnił ich węch, a nieprzyjemna pleśń pokryła wyblakłą, zieloną tapetę. Po chwiejących się drewnianych schodach, weszli na piętro. Trafili do sporego pomieszczenia, które stanowiło całość tego poziomu. Pod sufitem migotała zakurzona żarówka, a jedynym meblem w pokoju był nieduży stół na środku.
Na stole stała czysta szklanka świeżego mleka.
– Miał być duch, a nie dżin? – zdziwił się Kacper, ostrożnie podchodząc do blatu. Denis prychnął  z dezaprobatą, zastanawiając się dlaczego on jeszcze pracuje z tym nie ogarniętym kretynem.
– A o duchach w jedzeniu to przeczytać się nie chciało? – Odepchnął swojego kompana na bok i pochylił się nad szklanką.
I w tym momencie doznał wstrząsu całego układu nerwowego.
– BUUUUUU! – Przed nimi pojawił się całkiem sporu, biały duch. Wyglądał jak podręcznikowy przykład prawdziwego straszydła. Miał bliżej nieokreślony kształt rozcapierzonego prześcieradła w kolorze mlecznobiałym. W nieco bezkształtnej ręce trzymał kawałek papieru. – Strzeżcie się mnie nędzni śmiertelnicy! Jam jest duch wszelkich produktów mlecznych! Jeśli nie opuścicie tego miejsca, przeklnę wasz pokarm!
Przez cały czas kiedy dziwny związek ektoplazmy próbował ich wystraszyć, łowcy stali jak wryci nie do końca wiedząc czy śmiać się czy płakać. Nigdy w całej swej pokręconej karierze, nie spotkali się z tak nieudolną próbą nastraszenie kogokolwiek. Obydwaj, mimo sporej różnicy charakterów, w tym momencie czuli się jak w jakimś kiepskim programie z ukrytą kamerą.
– Dlaczego nie uciekacie, piszcząc jak małe dziewczynki? – zapytało straszydło, widząc nie do końca zrozumiałą reakcje łowców.
– Wiesz, może nikt ci tego nie mówił, ale nie jesteś straszny – odezwał się w końcu Kacper, uśmiechając się przepraszająco. Duch popatrzył na niego, potem na kartkę po czym znowu na łowcę.
– A niby co robiłem nie tak? – zapytał ze złością. – Wyskoczyłem znienacka? Wyskoczyłem! Zawyłem przeraźliwie? Zawyłem! Zagroziłem klątwą? Zagroziłem! Co jeszcze mam zrobić by wyrobić normę straszenia!? – Duch zachlipał przeciągle.
Denis zmarszczył czoło i zamyślił się na chwilę, próbując przyswoić otrzymane informacje. Duch, który nie wyrobi normy strasznie zwykle staje przed sądem straszydeł. A tego żaden nadprzyrodzony byt nie chce. Nawet łowcy wiedzieli o czymś takim i gdy natrafiali na jakiegoś niewyrobionego ducha, starali się znaleźć mu miejsce gdzie będzie mógł w spokoju swoją normę wyrobić, nie robiąc przy tym nikomu krzywdy. Tylko gdzie można umieścić ducha produktów mlecznych?
I nagle wpadł na pewien pomysł. Dlaczego nie wykorzystać takiego straszydła do wyrównania warunków?
– Ej, nie płacz tak, bo nas utopisz w ektoplazmie – powiedział uśmiechając się chytrze.

***

Jakiś czas później, spacerując po osiedlowych alejkach, Denis miał okazje spotkać pana Ćmińskiego. Nie widział swojego sąsiada już od paru tygodni, ale ta sytuacja jakoś bardzo mu nie przeszkadzało. Zresztą doskonale wiedział co było przyczyną zaniknięcia wizyt mężczyzny w mieszkaniu młodzieńca.
– Dzień dobry, proszę sąsiada. Jak sąsiadowi mija dzień? – Chłopak uśmiechnął się niewinnie. Ćmiński spojrzał na niego podkrążonymi oczami. Wyglądał jakby od wielu dni nie zmrużył oka.
– Wyprowadzam się – powiedział zachrypniętym głosem. – Mleko, prześladuje mnie mleko – wyszeptał jeszcze jakby do siebie po czym odszedł w bliżej nieokreślonym kierunku.
Norma straszenia wyrobiona.




piątek, 6 listopada 2015

Miniaturki

Dzisiaj mam dla was dwie miniaturki, które napisałam jakiś czas temu na forum związanym z serialem animowanym Winx. Niektórzy mogą uważać, że to trochę dziecinne, ale ja wprost uwielbiam zagłębiać się w psychikę niektórych bohaterów i wymyślać im nowe historie, opisywać ich przeżycia itp. Nie wymagam by osoba, która to czyta jakoś bardzo orientowała się w fabule, ale delikatna znajomość ogólnego sensu mile widziana.

Zapraszam więc do czytania.



Tchórz

Jesteś tchórzem, Timmy

Dzień jest słoneczny, ciepły. Dzieci w różnym wieku bawią się na placu zabaw zjeżdżając ze zjeżdżalni, huśtając się na huśtawkach lub kręcą się na karuzeli. Sześcioletni Timmy stoi przed metalowymi drabinkami i z przerażeniem wymalowanym na twarzy wpatruje się w swoich kolegów, którzy siedzą na górze wesoło machając nogami.  Pokrzykują wesoło zachęcając chłopca by ten wszedł na drabinki.
Ale Timmy się boi. To jest dla niego za wysoko. A co jeśli spadnie i się połamie? I wszystko będzie go bolało? I trafi do szpitala? A wtedy sprawi problem mamie, która i tak ma już wystarczająco dużo zmartwień. Szczególnie odkąd tata zaginął na jednej ze swoich misji.
Timmy przełyka słone łzy, odwraca się na pięcie po czym odchodzi. Słyszy śmiech pozostałych chłopców, wyzwiska. W tedy pierwszy raz słyszy To zdanie.

Jesteś tchórzem, Timmy

Pod ścianą stoi mały, rudy kot. Jest przerażony. Otacza go grupka dwunastoletnich chłopców, którzy śmieją się szyderczo, co pewien czas rzucając kamieniami w bezbronne zwierzę. Dręczenie kociaka ich bawi, to rozrywka pozwalająca poczuć władzę nad kimś. A takie uczucie bardzo podoba się młodym dręczycielom.
Parę metrów dalej stoi Timmy i z niepewną miną przygląda się tej scenie. Choć wie, że to co robią jego koledzy jest złe, to nie wie co zrobić. Boi się zareagować, bo ich jest więcej, są silniejsi, z łatwością mogliby mu coś zrobić.  A tego Timmy boi się najbardziej.
Chłopiec zagryza wargę, i starając się nie patrzeć w stronę kota, odchodzi. Ze smutkiem stwierdza, że jego ojciec wzgardziłby takim zachowaniem. Ale on nie jest swoim ojcem. Nie jest tak dzielny, odważny, nieustępliwy jak on. Nie jest wstanie stanąć w obronie słabszych. Jedyne co może zrobić to powtarzać sobie To zdanie.

Jesteś tchórzem, Timmy

Czternastoletni Timmy przestępuje z nogi na nogę niepewnym wzrokiem wpatrując się w dłonie dwójki kolegów, którzy trzymają butelki z alkoholem. Od prawie dziesięciu minut próbują namówić chłopaka by napił się razem z nimi. Ale ten odmawia. Najchętniej odwróciłby się od nich i odszedł, nie patrząc się za siebie. Nie może się jednak zebrać w sobie. Jest deszczowy dzień i na pewno nikt nie zajrzy do betonowego śmietnika. A jego koledzy wypili już naprawdę dużo i mogliby się stać agresywni. Tego chłopak boi się najbardziej. Boi się, że jeśli odmówi, nie obejdzie się bez użycia siły. Wtedy może już sobie nie poradzić.
Ale kiedy jeden z chłopaków wyciąga z kieszeni małą paczuszkę z jakąś podejrzaną substancją, Timmy od razu przestaje się wahać. Najpierw wymierza koledze siarczysty policzek, wytrąca mu pudełko z dłoni po czym wychodzi na zewnątrz. Gdy zasuwa toporną zasuwę na drzwiach znów słyszy To zdanie. Ale tym razem jest z siebie dumny i w nieskończoność powtarza sobie jego treść.

Jesteś tchórzem, Timmy

Timmy grzebie widelcem w swoim obiedzie, nie zwracając uwagi na to co się dzieje wokół niego. Widząc takie zachowanie, siedzący obok Brandon kręci potępiająco głową po czym odchodzi od stołu nie kończąc posiłku. Odkąd dwa dni wcześniej Trix zabrały z Czerwonej Fontanny jedną z części kodeksu, specjalista nie odezwał się do kolegi ani słowem. Nie żeby Timmy jakoś bardzo zwracał na to uwagę. Tak naprawdę mało go to obchodzi. Wie, że postąpił źle, że powinien powstrzymać czarownice, ale zachowania reszty specjalistów prawie nie zauważa. Tyle razy słyszał z ich ust To zdanie i to często w mniej poważnych sytuacjach, że teraz jest mu to obojętne.
Gdy je słyszy po prostu wzrusza ramionami.

Jesteś tchórzem, Timmy



Jak mogłeś

Nadal masz go w pamięci. Mimo, że odszedł cały czas wydaję ci się, że jest obok ciebie. Zawsze.

Riven prawie bezwiednie rzucił bumerangiem w stronę korony jednego z wielu drzew w lesie. Przedmiot wpadł między zielone liście, po czym zgrabnie wrócił do ręki specjalisty, który nie zwrócił na to wielkiej uwagi. Zbyt zajęty rozmyślaniem nad swoim życiem nie zauważyłby niczego, nawet różowych słoni tańczących kankana tuż przed jego nosem.
Umysł młodego specjalisty całkowicie zajmowała decyzja, którą podjął. Odchodząc od swoich przyjaciół nie zastanawiał się, dlaczego to robi i dopiero teraz mógł się nad tym porządnie zastanowić. Bez męczących spojrzeń reszty specjalistów i ich natrętnych pytań.
Tak, bycie samemu miało swoje plusy.

Jednak nie możesz zaprzeczyć, że brakuje ci tej jednej jedynej osoby, która nigdy o nic cię nie oskarżyła, która potrafiła wysłuchać i pomóc.

Mimo, teoretycznie, dogodnych warunków specjalista nie potrafił się skupić. Cały czas wydawało mu  się, że on jest obok i zaraz rzuci jakimś żartem albo w dwóch krótkich zdaniach wyjaśni, gdzie Riven popełnił błąd i co jeszcze może zrobić. Trudno sobie wyobrazić, jak wiele zrobił on dla chłopaka, w ilu rzeczach już mu pomógł. Przecież gdyby nie on, związek z Musą już dawno straciłby jakikolwiek sens, a reszta jego „przyjaciół” odwróciłaby się od niego. Bo oni nie potrafili zrozumieć charakteru Rivena, nie potrafili pojąć, że on naprawdę stara się zmniejszyć natężenie głupich czynów do minimum, ale czasami po prostu mu się nie udaje.
On rozumiał.

Nie możesz mu wybaczyć tego co zrobił. Przecież na pewno było jakieś inne wyjście nie wymagające poświęcenia życia. Żadnego życia.

Wspomnienia specjalisty z tamtego pamiętnego dnia ograniczają się do paru czarnych plam, bólu i zdziwienia. Bo przecież jak taki wielki czarodziej, niesamowity człowiek, po prostu świetna osoba, mogła ot tak po prostu zginąć, umrzeć nie zwracając uwagi na to, że potem ludzie, dla których był ważny, będą cierpieć. I niektórzy nie będą mieli do kogo się zwrócić z problemem.

Ty nie miałeś kogoś takiego. Po jego śmierci nikt nie zauważył jednej ważnej rzeczy.
Zginął twój jedyny przyjaciel.





                                                                                                                           


piątek, 18 września 2015

Zawładnąć światem

Wygrzebane z dna komputera opowiadanie na jeden z konkursów. Chwilowo jestem trochę przeziębiona i nie jestem w stanie napisań czegoś nowego. Mam nadzieje, że się wam spodoba.
Zapraszam do czytania i komentowania.


Zawładnąć światem

W centrum dowodzenia zdobycia całego świata panował jako taki spokój. Wszystkie plany podbicia poszczególnych krajów były gotowe. Nie było ich zresztą bardzo dużo ponieważ większość państw już dawno się poddała. Nie zbyt dużo pracy pozytywnie wpływało na atmosferę panującą w bazie. Prawie stu pracowników śmiało się, słuchało muzyki lub po prostu spało. Tą słodko wyglądającą sielankę przerwało wejście pewnej wysokiej, ciemnowłosej kobiety ubranej w czarny podkoszulek i spodnie tego samego koloru.
─ Dzień dobry Pani Generał ─ krzyknęli jak na komendę wszyscy zebrani.
─ Dzień dobry ─ odburknęła kobieta obrzucając morderczym spojrzeniem najbliższego pracownika. Ten wzdrygnął się jakby zobaczył właśnie coś okropnego. Zresztą nie był jedynym w sali który na widok szefowej odczuwał nieprzyjemny chłód. Ta kobieta we wszystkich wzbudzała podziw, a zarazem strach. Długie czarne włosy okalały wyniosłą twarz, a czarne oczy spoglądały na wszystkich z góry. Nigdy nie dała o sobie poznać, że się czegoś boi. Na dodatek nikt nie wiedział jak się nazywa. Była panią Generał i tyle.
─ Mam te plany o które pani prosiła. ─ Do kobiety podbiegła młoda dziewczyn o blond włosach i niebieskich oczach.
─ Niezłe, ale mogły być lepsze ─ stwierdziła szefowa po przegladnięciu planów. W tej samej chwili na wielkim ekranie pojawiła się twarz głównego generała pana Hansa von Busha.
─ Melduje, że w północnej Francji wybuchł bunt ─ powiedział sztywno von Bush. W bazie zawrzało. Od dawna w żadnym państwie nie było buntu. Oczywiście garstka ludzi nadal sprzeciwiała się rządom pani Generał, ale nigdy nie doszło do czegoś poważniejszego. Zdarzenie w Francji doprowadziło do takiego zmieszania, że przez dobre pół godziny ludzie w ogromnym jednak pomieszczeniu, nie robili nic innego jak latali od jednego stanowiska do drugiego i rozmawiali o tej szokującej wiadomości.
─ Cisza! ─ wrzasnęła pani Generał. Wszyscy odwrócili w jej stronę. Rozmowy ucichły, a kanapka Xi Vinga, który jadł przez prawie cały czas, wylądowała na podłodze. – Nie mamy czasu na jakieś pogaduszki. Niech ktoś natychmiast wyśle tam trochę robotów typu S9087. Ty za to skontaktuj się z naszą bazą na Grenlandii, ty złap kontakt z Chinami, a ty powiadom tych w Australii.
Kobieta skończyła rozdawać zadania i z podniesioną, stukając obcasami, wyszła z głównej sali. Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi znowu rozległ się szmer rozmów. Ludzie mają taki charakter, że mógłby się świat walić i palić, a oni nadal gadali by o wszystkim i o niczym.

***

Ta sama kobieta która parę minut wcześniej sprawiła, że setka osób trzęsła portkami, teraz siedział przy biurku próbując ochłonąć. Zgarbiła się, a głowę oparła na rękach. To wszystko zaczęło ją przerastać. Kiedy zaczynała „ zabawę” w przejmowaniu kontroli nad światem, wszystko wydawało się łatwiejsze. Nie było grup buntowników ani zdenerwowany polityków, próbujących wybłagać taryfę ulgową dla swoich państw. Wcześniej była pełna energii, teraz chodziła jakby osowiała. Oczywiście jej pracownicy tego nie zauważali. Dla nich zawsze będzie „panią Generał”.
A przecież ona też miała imię. Nazywała się po prostu Mary Smith. Tak zwyczajnie. Nikt by nie przypuszczał, że osoba o tak normalnym imieniu i nazwisku będzie wstanie zawładnąć. Ona sama nigdy się nad tym nie zastanawiała. Przecież to jej rodzice ją tak nazwali.
Rodzice. Ciekawe czy byliby z niej dumni. Matka pewnie tak, ojciec… byłby z zbyt pijany by wyrazić zdanie. Spojrzała na ich jedyne wspólne zdjęcie teraz wiszące nad jej biurkiem. Była tam jej matka uśmiechająca się wyniośle i patrząca na swojego męża i córkę z góry. Policzki taty nadal miały czerwony kolor po pijackiej imprezie jaka odbyła się dzień wcześniej . Między nimi stała mała, pięcioletnia Mary. Uśmiechnięta, wyglądała na szczęśliwą. Nie mogła wtedy wiedzieć, że z pierwszym dniem szkoły jej życie stanie się jeszcze bardziej męczące.
Teraz, dorosła Mary, zaczęła zdawać sobie sprawę, że ogromne wymagania matki by była w wszystkim najlepsza, mogą być powodem dla których zaczęła się starać o przejęcie kontroli nad kulą ziemską. Przecież, tylko jeśli się zawładnie wszystkimi ludźmi można powiedzieć, że jest się najlepszym. A kobieta której się to udało wiedziała o tym najlepiej.
─ Pani Generał… ─ Do gabinetu cichutko wszedł jeden z jej pracowników.
─ Co? – warknęła nawet nie spojrzawszy w stronę drzwi.
─ Chodzi o to, że… ─ zaczął się jąkać mężczyzna.─ Dowódca buntowników w Francji chcę z panią porozmawiać ─  wyrzucił szybko z siebie po czym zamknął drzwi. Mary wniosła ręce w modlitewnym geście po czym westchnęła głęboko i przybrawszy dostojną pozę, wyszła z gabinetu.
                                                                                             
  ***

─ Wolność, wolność – skandował tłum gdy nieduży helikopter lądował na środku zniszczonego placyku. Ilość ludzi jaka się tu zebrała sprawiała, że nawet sama pani Generał poczuła niemiłe mrowienie w okolicach żołądka.
─ My chcemy własnego państwa ─ wrzasnął młody mężczyzna. Widać było, że to on przewodził buntownikami. Jako jedyny był ubrany w ciuchy w miarę dobrym stanie. Dodatkowo jego żądanie zostało poparte masą okrzyków.
─ Proszę o spokój, proszę o spokój.
Mary weszła na nieduże podium i zaczęła uspokajać tłum.─ Wiem, że jesteście podenerwowani, ale może przeprowadzimy pokojowe negocjacje.
─ Ty nic nie wiesz!─ krzyknął ktoś z tłumu.
─ Odebrałaś nam wszystko!
─ Każesz żyć w nędzy!
─ Pani jest głupia─ krzyknęło jakieś dziecko.
Kobieta odwróciła się w jego stronę. Był to mały chłopiec ubrany w worek na ziemniaki i z twarzą umorusaną brudem. Mógł mieć jakieś siedem lat więc jego komentarz nie zrobił na Mary wrażenia. Niestety jeden z jej robotów, stanowiących prywatną ochronę, uznał, że ten komentarz mocno obraził jego panią. Wystrzelił pocisk w kierunku chłopca, a ten padł na ziemię martwy. Inne maszyny poszły w ślady kolegi i zaczęły strzelać do tłumu. Ludzie uciekali z krzykiem próbując schować się w którymś z domów. Ci którzy byli za wolni po kolei dzielili los małego chłopca.
─ Szybko, do najbliższej kwatery ─ krzyknęła pani generał do swojego pilota jednocześnie wsiadając do helikoptera. Po minucie już była w powietrzu, a po piętnastu siedziała w swoim gabinecie w jednej z baz zastanawiając się nad tym co się stało.
Musiała przyznać, że to było straszne. Naprawdę nie chciała śmierci tego dziecka. Zdawała sobie sprawę, że podczas przejmowania kontroli nad światem, zginęło wiele ludzi. Ona sama, siedząc cały czas w bazie, nie widziała ani jednej śmierci. Teraz, gdy zobaczyła do czego doprowadziły jej rządy, bała się. Bała się samej siebie. Nie chciała już żyć. To byłoby straszne, mieć przed oczami twarz tego chłopca o każdej porze dnia i nocy. Nie chciała żyć.
Powoli otworzyła jedną z szuflad. Leżał w niej nieduży pistolet na wypadek nagłego ataku.  Mary wyjęła przedmiot i przyłożyła do skroni. Przełknęła ślinę i powoli nacisnęła spust. Zobaczyła ciemność.
A później już nic nie czuła.